Los, który ci pisany
Przemysław Szymczak
prenit@wp.pl
Potępieńcza pieśń wichru, burzowe chmury mknące po ciemnym niebie, leniwie i zarazem niepowstrzymanie, jak lawina. Błyskawice rozcinające czerń białymi ostrzami. Zimne, dokuczliwe szpileczki deszczu.
Na wysokim urwisku przycupnięty masywny zamek z czarnych kamieni. Szarozielony mech porasta wiekowe mury. W oknie, w jedynej, wysokiej, zuchwale sięgającej ku rozwścieczonemu niebu wieży światło.
Czerwone. Jaskrawe. Gorące.
Światło i cichy szept.
Chodź. Chodź. Chodź…
CHODŹ!
Killian obudził się i gwałtownie usiadł.
Siedzący przy ledwie tlącym się ognisku krasnolud, Pretin, podskoczył i krzyknął. Spojrzał na towarzysza mrugając.
- Nie rób więcej takich rzeczy – mruknął potrząsając głową. Zapleciona w warkocze broda zafalowała.
Killian rozejrzał się dookoła odgarniając z twarzy długie, kruczoczarne włosy. Nerwowo przejechał językiem po swoich wampirzych kłach.
Nagle gdzieś za nim rozległ się głos rogu. Powietrze zadrżało od wibracji. Dźwięk, niczym grzmot, przetoczył się nad polami. Stojący nieopodal murek runął.
– Co się dzieje? – spod jednego z koców wychyliła się elfia twarz Canisy o dużych, czarnych oczach okolona aureolą potarganych, równie ciemnych włosów.
– Alaaarm! – krzyczał biegnąc Wolfgang, drugi krasnolud, krępy i potężny. W dłoni ściskał pięknie zdobiony róg do grania.
Siedzący przy ognisku Pretin zerwał się na nogi i upuścił topór. Z kocią gracją, wciąż jeszcze trochę zdezorientowany Killian, wyskoczył spod futra, którym był przykryty.
Canisa tłumiąc ziewnięcie próbowała wstać. Nieopodal niej następne posłanie poruszyło się. Anton, mężczyzna z krótko ostrzyżoną brodą i włosami zaplecionymi w kitkę, usiadł, sięgnął po leżącą obok niego torbę i zaczął w niej czegoś szukać. Zabrzęczały szklane flakoniki. Przez cały czas oczy miał zamknięte.
Wolfgang dobiegł do ogniska.
– Co się stało?! – zapytali jednocześnie on i Pretin. Popatrzyli na siebie zdziwieni.
– Wolfgang, dlaczego trąbiłeś na rogu? – zapytała Canisa podchodząc do krasnoluda.
– Bo ktoś krzyczał – odparł Wofgang wzruszając ramionami.
Pretin zaczął nerwowo grzebać czubkiem buta w mokrej trawie.
– To wszystko przez Killana – wymruczał niewyraźnie.
Elfia kapłanka rzuciła krótkie spojrzenie w kierunku stojącego nieruchomo Killiana. Wpatrywał się gdzieś w nieokreślony punkt ponad przykrytymi płachtą mgieł polami. Canisa pokiwała głową.
– Ostatnio dość dziwnie się zachowuje…
– Może to taka pora u wampirów. Jesień. Księżyc w pełni – Pretin natychmiast wykorzystał możliwość skierowania rozmowy na inny tor.
– Mimo wszystko, to nie jest powód, Wolfgangu, żeby od razu grać na magicznym rogu. Zwłaszcza, że niszczy on wszelkie budowle w pobliżu. I żeby od razu podnosić alarm, Pretinie.
Wolfgang skrzywił się i mruczał coś pod nosem. Pretin próbował się bronić.
– Jaki alarm? Ja tylko… Aaaa! – wrzasnął, gdy za nim Anton, grzebiący przez sen w torbie, upuścił jedną z buteleczek.
– Zabierzcie go stąd… Niech krzyczy gdzie indziej… – usłyszeli niewyraźny, zaspany głos elfiego czarownika, Teo, który jako jedyny jeszcze leżał przy ognisku.
– Może lepiej połóż się już, Pretinie. Anton postoi za ciebie na warcie.
– Ale naprawdę ze mną jest wszystko w porządku – krasnolud pokręcił głową – To Killian…
– Mimo to połóż się już – odparła Canisa wracając do swojego posłania.
– Właśnie. A Killian postoi za mnie – powiedział Wolfgang szybko kładąc się i nakrywając kocem aż po czubek głowy. Wampir nadal stał nieruchomo wpatrując się w przestrzeń.
– Antonie. Antonie! – krzyknęła Canisa – Twoja kolej.
Kislevita otworzył oczy i zamrugał. Rozejrzał się dookoła i spojrzał zdziwiony na trzymane w ręku butelki.
– Słucham? – zapytał niepewnym głosem.
– Idź stanąć na warcie. Teraz twoja kolej.
Anton pokiwał głową, wstał, narzucił koc na plecy i podszedł do ogniska. Rozejrzał się dookoła leniwie, ziewając szeroko.
– Zaraz – zmarszczył po chwili brwi – Ja już stałem dzisiaj na warcie!
Słowa zagłuszyło głośne chrapanie obydwu krasnoludów.
W pewnej chwili Killian rozejrzał się dookoła. Podrapał się po głowie.
– Coś się stało? – zapytał Antona, który tylko wzruszył ramionami.
- ¨ -
Cienki półpierścień księżyca rzucał słaby blask na strome urwisko i szare stożki drzew u jego stóp. Wysoko nad nimi wznosił się zamek o jednej, szpiczastej wieży i grubych, surowych murach obronnych. Zamek powoli przegrywał walkę z nieubłaganym czasem. Mury koloru węgla kruszyły się, mech i trawa osiedlały się na dachach budynków. Na bramie, przytwierdzony do zardzewiałych, stalowych prętów, spoczywał szkielet. Jasne iskry magii, która wciąż więziła w tym rozpadającym się ciele duszę, co jakiś czas, w nieregularnych odstępach oświetlały brązowe, brudne kości.
Wewnątrz, w okrągłej komnacie o ścianach pozbawionych jakichkolwiek ozdób na niewielkim marmurowym podeście leżały cztery srebrne sztylety.
Podeszła do nich kobieta. Biała suknia kontrastująca z jej ciemną karnacją i mrokiem pomieszczenia ciągnęła się po ziemi. Zostawiała za sobą szeroki pas podłogi wytartej z kurzu.
Rasalba wyglądała młodo. Ciemne włosy swobodnie opadały na ramiona. Jej rysy zdradzały pewną łagodność i delikatność. W przeciwieństwie do dużych, czarnych oczu, wpatrzonych w srebrną broń.
Bezszelestnie w komnacie pojawiły się cztery odziane w czerń postacie. Czterej mężczyźni, którzy odrzuciwszy kaptury z głów zamarli w oczekiwaniu.
Kobieta podeszła do stolika ze sztyletami.
– Sztylety to wiadomości – jej uniesiona dłoń zamarła nad bronią – Doręczycie je moim braciom. Jak najszybciej – głos, choć cichy i smutny, był stanowczy. Czterech mężczyzn kiwnęło tylko głowami.
Po kolei podchodzili do stolika i brali po jednym ze sztyletów.
Wschodzący księżyc rzucił nieśmiałe, blade światło na liście wielkiego, starego drzewa w samym centrum lasu. Wiatr poruszył lekko liśćmi, których szum przepłynął przez korony drzew.
Jeden z posłańców Rasalby nieśmiało podszedł do ciemnego, grubego pnia. Sięgnął pod mocno zniszczony podróżny płaszcz i wydobył broń otrzymaną od swojej pani. Spojrzał na ostrze i pokręcił głową. Poszukiwał ukrywającego się w lasach wampira przez ponad tydzień. Czas umykał mu, niczym woda przeciekająca przez palce.
Wbił ostrze w drzewo. Wampir sam je będzie musiał zauważyć.
Odwrócił się i odszedł dwa kroki. Wtedy drzewo zaskrzypiało, zadrżało i poruszyło się.
Marek, od kilku dni z zainteresowaniem obserwujący wędrowca błąkającego się po lesie siedział na gałęzi pobliskiego, rozłożystego dębu, skryty w cieniu jego korony. Strzępy księżycowego blasku padały na jego twarz malując na kościsty kolor jego krótką brodę, długie włosy, prosty nos i ściągnięte groźnie brwi.
Poczekał, aż umykający człowiek zniknie z polanki razem z goniącym go drzewcem, po czym zeskoczył z na ziemię i pomknął w mrok między filarami pni.
Drzewiec kończył deptać szczątki posłańca, gdy pojawił się wampir. Stanął i czekał, patrząc na leśnego stwora. Drzewiec zauważył go. Wyprostował się na całą swą wysokość łamiąc gałęzie okolicznych drzew.
Przez długą chwilę stali patrząc sobie w oczy. W końcu, po długim czasie drzewiec odwrócił się i z hałasem odszedł. Marek skrył się w cieniu. Obronił swoje terytorium. Przypomniał sobie srebrny sztylet nadal tkwiący w nodze odchodzącego przeciwnika. Terytorium, które będzie musiał teraz opuścić.
Człowiek, szedł wąskim korytarzem. Wilgotne ściany z kamienia zdawały się napierać na niego, przytłaczać ciężkim zapachem wilgoci. Oraz odorem śmierci.
Rozejrzał się nerwowo wokoło. Przez chwilę zatrzymał wzrok na leżących w niszach nieruchomych szkieletach, wtapiających się w ciemny kamień, jak groteskowe płaskorzeźby. Nasunął ciemny kaptur głębiej na czoło i ruszył dalej, przez rozległy labirynt korytarzy pod starą, zniszczoną świątynią.
Cztery sarkofagi stały dokładnie w centrum wielkiej sali, o wysokim sklepieniu podpieranym przez masywne kolumny. Wszystkie z wyjątkiem jednego pokrywała gruba warstwa kurzu. Na wszystkich kamienni rycerze, o twarzach pełnych spokoju, leżeli trzymając w rękach potężne miecze.
Mężczyzna ledwie spojrzał na rzeźby. Pospiesznie odsunął poły czarnego płaszcza i sięgnął do przytroczonej do paska niewielkiej torby.
– Niewielu wkracza dobrowolnie do królestwa umarłych – rozległo się nagle za nim. Odwrócił się i oparł o jeden z sarkofagów. Otwarte lekko usta drżały. Kropla potu spłynęła po policzku.
Z cienia spoglądały na niego badawczo szare oczy. Było w nich zaciekawienie. Smutek. Groza.
Mężczyzna zaczął cofać się. Potknął się o stopień, ale utrzymał równowagę.
Brodaty, blady rycerz wysunął się z cienia. Gerard był żywym odbiciem rzeźb na kamiennych trumnach. Krótka broda, włosy opadające na ramiona. Długa, zniszczona i podarta tunika z zatartym symbolem jednego z zakonów rycerskich. Miecz przy boku.
Nie odrywał wzroku od przybysza.
– Cóż kazało ci zejść w mrok? Przybyć tutaj, do bram piekieł? – zapytał cicho.
Czarny płaszcz zafurkotał, gdy posłaniec rzucił się do ucieczki. Metal brzęknął dźwięcznie o kamień. Kroki zadudniły w korytarzach. Śmiech Gerarda, głośny, lecz mimo to ponury, dogonił uciekającego.
Boczne drzwi małej przybudówki w klasztornej świątyni otworzyły się z trzaskiem, który zniszczył misternie dzieło tworzonej przez mrok ciszy. Człowiek w czerni skoczył do przodu i pobiegł przed siebie, ciemnymi uliczkami zrujnowanej dzielnicy miasta Mousillon.
Rycerz podszedł powoli do miejsca, w którym stał przybysz i podniósł leżący na ziemi srebrny sztylet. Długo wpatrywał się w niego.
Dom był ciemny. Ani jedna lampa nie paliła się w żadnym z okien. Posłaniec, trzymając w ręku wyciągnięty sztylet ze srebra szedł szybko przez zarośnięty i zaniedbany ogród. Drzewa zwieszały nad nim swoje chude, zeschnięte, szponiaste gałęzie. Sucha ziemia poddawała się jego miękkim krokom.
Wszedł między podtrzymujące półokrągły balkon kolumny i zatrzymał się przed wysokimi, drewnianymi drzwiami. Wciągnął głęboko powietrze i podniósł rękę, żeby zapukać.
Coś poruszyło się w cieniu, za jedną z kolumn. Zabłąkany promyk księżyca odbił się w metalu.
Człowiek w czarnej pelerynie bezgłośnie osunął się na ziemię zostawiając na ścianie krwawy ślad.
Nad nim stał William, o posturze i rysach dziecka i oczach, które mogłyby być oczyma samej śmierci. Z trzymanego przez niego ostrza spływała leniwie krew. Przechylił głowę zdziwiony, a potem schylił się. Wyjął z ręki martwego sztylet. Uniósł brwi.
– Ups – powiedział cicho i wzruszył ramionami. Przekroczył ciało i wszedł do swojego domu.
Perły gwiazd tonęły w mrocznej toni nocnego nieba. Lustrzane odbicie w wodzie zniknęło, jak rozwiane wiatrem, gdy smukła łódź przemknęła po jej powierzchni.
Łódź poruszała się cicho i szybko po kanale w mieście Miragliano. Maurice siedział w niej w zupełnym bezruchu. Patrzył w górę, na pozbawione chmur niebo. Delikatny, ciepły wiatr powiał, ożywiając delikatne falbanki jedwabnej koszuli, w którą ubrany był młodzieniec.
Choć uwaga jego podzielona była między obserwację gwiazd i zaklęcie kierujące łodzią, od razu dostrzegł ciemną sylwetkę na dachu jednej ze stojących nad wodą wysokich kamienic.
Chwilę później w dno łodzi wbił się srebrny sztylet. Postać na dachu zniknęła.
Maurice przez chwilę przyglądał się zdumiony sztyletowi. Potem wyciągnął go z dna. Przez dziurę natychmiast zaczęła sączyć się woda. Pokręcił głową z niezadowoloną miną.
– Chyba wolałbym – mruknął do siebie stojąc po kostki w wodzie, podczas, gdy mała łódź powoli zanurzała się coraz bardziej – żeby ktoś wymyślił inny sposób zawiadamiania nas o spotkaniu.
Przybysz odrzucił z głowy kaptur brunatnej sukni wędrownego mnicha. Przez chwilę przyglądał się przytwierdzonemu do bramy szkieletowi. Puste oczodoły uśmiechniętej szeroko czaszki wpatrywały się w niego. Brodaty wędrowiec pokiwał w zamyśleniu głową, po czym pchnął kratę. Głośno skrzypnęła otwierając się.
Wszedł na dziedziniec, pełen błota. Zimne łzy nocnego nieba wciąż zraszały ziemię. Jego ciężkie szaty były przemoczone, nie zdawał się jednak zwracać na to uwagi.
Wielkie drzwi wejściowe zrujnowanego budynku otworzyły się, gdy do nich zmierzał. Otoczona padającym z wnętrzna światłem stała w nich szczupła kobieca postać.
– Witaj, Rasalbo – powiedział przybysz zmęczonym głosem stając przed nią. Skłonił się lekko.
– Gerardzie – kobieta dygnęła – Wejdź, proszę. Pada.
– Nie czyni mi to różnicy – odparł cicho wchodząc do środka – Deszcz nie zmyje ze mnie moich win, ani nie uczyni mnie jeszcze bardziej ohydnym. To już niemożliwe.
Gospodyni przez chwilę milczała nie wiedząc co odpowiedzieć. Wskazała niewielkie, kręcone schody prowadzące na galeryjkę.
– Marek i Maurice są już tutaj. Znajdziesz ich na wieży. Dla waszej wygody pozbyłam się śmiertelników, którzy mi tu usługiwali. Wiem, że wolicie samotność, zwłaszcza ty. Możecie poruszać się po zamku bez przeszkód bez obawy, że natraficie na któregoś z nich.
Gerard kiwnął głową w podziękowaniu.
Jak niematerialne widma, zwisające z sufitu pajęczyny poddawały się delikatnym muśnięciom wiatru, falując wokół niego, gdy wchodził po wąskich, kręconych schodach. Z góry dobiegły go ciche głosy. Poznał melodyjny głos Maurice’a. Po chwili także spokojny, kamienny głos Marka.
– Znajduję miasto Miragliano, że tak się wyrażę, wygodnym. Prawda, dużo, może nawet zbyt dużo rzek i kanałów. Jednakże, zwracam twoją uwagę również na fakt, iż pomimo wzmożonej wilgoci, dostarcza to wielu kryjówek, gdzie światło dnia bywa rzadkim gościem – mówił Maurice.
– No… – padła lakoniczna odpowiedź Marka.
– Dużo ludzi przechadzających… lub przemykających się nocami po ulicach. Czasem wybuchają zamieszki. Choć właściwszym wydaje się chyba stwierdzenie, że czasem ich nie ma. Jednakże nie przeszkadza to. A wręcz pomaga w polowaniu.
– Aha.
– Myślę, że powinieneś pomyśleć o przeniesieniu się w tamte rejony. Albo do jakiegokolwiek innego miasta. Z dala od dziczy…
– Nie.
Gerard wszedł na wieżę.
Pod jedną ze ścian stał obity ciemnoczerwonym suknem fotel. Siedział w nim Maurice, w białej, atłasowej koszuli, z kielichem wypełnionym szkarłatnym napojem trzymanym przy ustach.
Na parapecie okna, otoczony targanymi wiatrem delikatnymi pajęczynami, siedział skulony Marek. Potargane włosy opadały mu na czoło i na ramiona, okryte skórzaną, niedbale wykonaną kurtką. Ćma uniosła się z jego dłoni, gdy odwrócił głowę, aby, podobnie, jak Maurice, spojrzeć na wchodzącego.
– Witajcie, w tę ponurą noc, bracia – Gerard lekko skinął głową.
– Bądź pozdrowiony, Gerardzie z Mousillon – ręka Maurice’a zatoczyła w powietrzu z gracją koło, zastępując ukłon.
Marek tylko skinął głową.
– Czekamy już tylko na Williama, jeśli dobrze rozumiem – odezwał się wstając Maurice.
– Nie czekacie – z zewnątrz dobiegł ponury młody głos.
Niewielka zwinna postać opuściła się ze zniszczonego daszku nad oknem, na którym siedział Marek. Chłopak miękko i bezszelestnie skoczył na parapet, poślizgnął się na mokrych kamieniach i runął w dół.
Gerard podszedł do okna i spojrzał na dół.
– Już się podnosi – powiedział – Ma szczęście, że spadł w miękkie błoto.
– No, nie wiem – wzruszył ramionami Marek i ruszył za towarzyszami po schodach na dół.
W holu dało się słyszeć skrzypienie otwieranych drzwi i przestraszony pisk Rasalby.
– Przepraszam, Williamie – odezwała się kobieta po chwili – Nie poznałam cię. To chyba przez to błoto.
W obszernej sali panował prawie całkowity mrok, rozproszony jedynie przez mgliste światło księżyca wpadające przez wysoko umieszczone okna.
– Pamiętacie zapewne – zaczęła Rasalba rozglądając się po siedzących wokół niewielkiego, bogato zdobionego stołu braciach – hrabiego von Bloch.
– Heinricha von Bloch? – zapytał Maurice.
– Freidricha von Bloch? – odezwał się jednocześnie z nim Gerard. Popatrzyli na siebie nawzajem.
– Brolicha von Bloch – odpowiedziała Rasalba.
– Nie pamiętam – oznajmił spokojnie Marek.
– Naprawdę? – Rasalba spojrzała zaskoczona na niego – Więc może opowiem wam…
Odpowiedzią były cztery entuzjastyczne skinięcia głową.
Kobieta odgarnęła czarne włosy z czoła, splotła ręce przed sobą na stole, pochyliła się lekko i zaczęła mówić.
– Brolich von Bloch, hrabia, pan na Czarnym Zamku, władca ziem południowych Sylvanii był potomkiem znienawidzonego Tuomasa Czarnorękiego. Został zamordowany przed kilkoma dekadami, w tajemniczych okolicznościach. Któryś z jego przeciwników nasłał prawdopodobnie na niego łowcę czarownic. O ile mi wiadomo łowca był wyznawcą Sigmara. Możliwe, iż polował uprzednio na kogo innego, jednak poprzez zręczne machinacje uwaga jego została zwrócona w stronę hrabiego Brolicha. Przypuszczam, że stało się to za sprawą dziedzica księżnej Marianny d’Enghien, która niegdyś uwiodła bliskiego współpracownika jednego z przywódców zakonu Krwawych Smoków, i wykorzystała dowodzone przez niego siły, aby zniszczyć armię ludzkiego księcia Johanna Christiana Stephana von der Breidstern. Ważnym faktem jest, że w bitwie owej uczestniczył potężny nekromanta Tsakharha, który potem poszukiwał zaginionego rękopisu Nagasha.
Rasalba przerwała na chwilę, aby zaczerpnąć tchu po czym kontynuowała.
– Poszukiwania zawiodły go na południowe tereny, gdzie zaciągnął się do służby u wampira zwanego Gabrinem Potężnym, który, zauważcie, był bratem krwi potomka Księżnej Marianny, zakochanym w śmiertelniczce, której imię brzmiało o ile dobrze pamiętam, Mea, lub Mia…
Pół godziny później Rasalba skończyła mówić. Oparła głowę na zagłówku i zamknęła oczy. Jej bracia siedzieli w milczeniu.
– Eee… – odezwał się wreszcie Marek – Czy możesz powtórzyć, Róziu?
Złość zmaterializowała się w spojrzeniu Rasalby.
– Myślę, że to dobry pomysł – poparł go William, odkładając na bok nóż, którym się bawił – Mniej więcej od momentu, w którym mówiłaś, czyim potomkiem był Blochich von Brul.
– Brolich von Bloch – poprawiła automatycznie Rasalba. Potem popatrzyła na zebranych – Naprawdę nie wiecie o co chodzi?
– Musisz tylko wyjaśnić kilka szczegółów – uśmiechnął się Gerard – Hrabia odszedł w wieczną ciemność przez łowcę czarownic, wampira…
– Nie – przerwała Rasalba – On nie był wampirem.
– Kto?
– Co kto?
– Ja wiem – podniósł ręke Maurice – Hrabia został zabity przez łowcę, który był zakochany w przywódcy rycerzy Krwawych Smoków.
– Nie, nie – Rasalba złapała się za głowę.
– Sama tak mówiłaś, Róziu – powiedział z wyrzutem w głosie Maurice.
– Nie mówiłam. I nie mówcie do mnie Róziu!
– Ale dlaczego? To ładne imię – wzruszył ramionami William.
– Daje złudzenie czegoś pięknego, odległego od mroku, którym jesteśmy spowici – Gerard oparł brodę na splecionych dłoniach i uśmiechnął się smutno.
– No – potwierdził Marek.
– Wróćmy do tematu – machnęła ręką Rasalba.
Rozległy się szmery przyciszonej wymiany zdań. Gerard i William siedzący obok siebie przez dłuższą chwilę naradzali się szeptem.
– Wydaje nam się – powiedział wreszcie Gerard – Że ten nekromanta, Marian, który zabił hrabiego jest też tym, który zabrał nekromancie odnaleziony rękopis. Ukradli go razem z tą śmiertelniczką, która była potomkiem księżnej…
Rasalba otworzyła szeroko usta. Duże, czarne oczy wpatrywały się w Gerarda w bezgranicznym zdumieniu.
– S… Słucham? – wykrztusiła wreszcie.
– To przecież jasno wynika z twojej opowieści – powiedział William.
– Ja myślałem, że mordercą jest ten przywódca rycerzy… – wzruszył ramionami Maurice.
– Ale my wiemy kto jest mordercą! – krzyknęła Rasalba – Łowca czarownic go zabił, czy nie rozumiecie tego?!
Bracia popatrzyli po sobie.
– W takim razie – ostrożnie zaczął Gerard, jakby badając, czy jego słowa są wystarczająco jasne i zrozumiałe – W czym problem?
Rasalba odetchnęła głeboko kilka razy, po czym rzekła.
...
MiSto