[b]Intryga[/b]
[i]„Kochać cię to mieć w sercu cierń
I go z bólem czuć co dnia
Boli mnie każdy krok, każda myśl
Noszę w sobie ją co dnia”*[/i]
[b]11 grudnia[/b]
Zgrzyt zamka i ten osobliwy dźwięk, towarzyszący otwieranym drzwiom, jeszcze nigdy wcześniej nie wywołał w nim mieszaniny tak sprzecznych emocji. W tym momencie nienawidził tego odgłosu i osoby, która go spowodowała, jednocześnie jednak czując narastającą ulgę, że po kilku godzinach oczekiwań w końcu go usłyszał.
- Gdzie byłeś? – zapytał bez ogródek, podnosząc się z fotela. Ciepło bijące od ognia w kominku zaczynało już parzyć go w stopy.
- Jeszcze nie śpisz? – odpowiedział pytaniem mężczyzna, opierając się o framugę drzwi.
Zapewne w innej sytuacji Harry po prostu by do niego podszedł, spojrzał w te seksownie błyszczące szare oczy i objął szczupłą talię. Wdychałby jego zapach, spijał go z jego skóry i zatapiał w nim, coraz głębiej, głębiej… Jednak w tej chwili zupełnie nie miał na to ochoty. Nie, żeby delikatne rumieńce na bladych policzkach Malfoya nie były podniecające.
- Czekałem na ciebie – wycedził Potter, starając się nad sobą zapanować.
- Zupełnie niepotrzebnie, kochanie. – Był pijany. – Ale skoro już to zrobiłeś, to można by to jakoś spożytkować… - wymruczał, przyciągając Harry’ego do siebie. Tak, był zdecydowanie i niepodważalnie pijany.
- Oczywiście, możemy – odparł drugi mężczyzna, wyswobadzając się z uścisku. – Gdzie byłeś?
- Tu i tam. – Draco wzruszył ramionami, znowu próbując złapać Harry’ego, jednak ten ostentacyjnie się odsunął.
- To znaczy? – dociekał.
- Kurwa, nie wiem. – Malfoy zaczynał się irytować. Choć jego szare oczy nadal błyszczały pijackim blaskiem, powoli z powrotem stawały się lodowate. Już nie starał się objąć Harry’ego i teraz tylko stał nieruchomo, zaciskając pięści i szczękę, wpatrując się w mężczyznę, jakby to on był winny całemu złu panującemu na świecie.
- Dobra, dobra, mów – warknął Potter.
- W tym nowym klubie w mieście, obejrzeć nowe miejsce i… nowe towary – odpowiedział po chwili, uśmiechając się wrednie. Triumfował, przyglądając się blednącemu obliczu Harry’ego.
- Mieliśmy wieczorem jechać na Pokątną zrobić zakupy, ustalić podział obowiązków odnośnie świąt, a później zdecydować, co z Wigilią. – Potter nie zamierzał komentować drugiej części wypowiedzi mężczyzny. Miał tylko nadzieję, że ten powiedział to tylko po to, żeby go zdenerwować. Jak zwykle.
- Ple, ple, ple. – Malfoy wywrócił oczami. – No i co z tego?
- To z tego, że miałeś być w domu cztery godziny temu! – syknął Harry.
- Ale mnie nie było. – W spojrzeniu Draco czaiło się wyzwanie, głupia, niemal dziecięca zaciętość, byle tylko zrobić na złość. Byle pokazać światu, że nic go nie obchodzi.
- Zdążyłem zauważyć – warknął Harry.
- Och, jakiż ty bystry, Potter. – Malfoy zmierzwił włosy mężczyzny, który z wściekłością odepchnął jego rękę, a potem uśmiechnął się głupawo, choć wydawało się, że z każdą kolejną minutą kłótni coraz bardziej trzeźwiał.
- Odwal się. Mam tego dość.
- Czego masz dość, Potter?! – zawołał Draco za wchodzącym po schodach mężczyzną.
- Harry! Mam na imię Harry! – odwrzasnął tamten, odwracając się z wściekłością. – I mam dość wszystkiego. A przede wszystkim ciebie! Umówiliśmy się, miałeś być tutaj, a nie szlajać się po klubach gejowskich w poszukiwaniu, jak to nazwałeś, nowych towarów, tym bardziej, że w domu czeka na ciebie twój chłopak! Za dwa tygodnie są święta, trzeba wszystko ustalić, ale ty oczywiście masz to wszystko w głębokim poważaniu!
Malfoy stał, nonszalancko opierając się o framugę, i z kpiącym uśmieszkiem przysłuchiwał się mężczyźnie, który zaciskał palce na poręczy schodów, aż pobielała mu skóra dłoni. Na korytarzu panował półmrok i Draco nie mógł dokładnie dostrzec twarzy Harry’ego, tym bardziej, że świat wciąż jeszcze wirował mu lekko przed oczami, jednak doskonale zdawał sobie sprawę, że chłopak jest bardzo zdenerwowany. Pomimo to nie zamierzał zmieniać swojej taktyki.
- Skończyłeś, Potter? – rzucił niedbale.
Harry aż wciągnął ze świstem powietrze, a jego czoło na chwilę wygładziło się, by zaraz z powrotem pokryć się zmarszczkami.
- Harry, nie Potter – powiedział niemal szeptem przez zaciśnięte zęby, przymykając oczy.
- Naprawdę myślałeś, że będę siedział z tobą w domu i robił listę świątecznych zakupów, a później planował, gdzie posadzić naszych rudych przyjaciół? Może jeszcze mam przećwiczyć z tobą pieprzone kolędy?
Harry nic nie odpowiedział. Tak, myślał, że właśnie tak to będzie. Ich pierwsze wspólne święta we wspólnym domu mógł zaliczyć do naprawdę udanych, miał więc nadzieję, że i te nie będą gorsze. Pomimo, że poprzednie okazały się dość niecodzienne, ponieważ byli zajęci głównie zwiedzaniem nowego miejsca – przede wszystkim sypialni – i cały przedświąteczny zgiełk zdążył ich ominąć, zanim w ogóle się obejrzeli… a raczej wyplątali z pościeli. Teraz jednak miało być inaczej – zakupy, wspólne pieczenie ciast, ubieranie choinki, a później kolacja z przyjaciółmi w rodzinnej atmosferze. Czy naprawdę był aż tak naiwny, by wierzyć, że to wszystko jest możliwe? W innym przypadku na pewno byłoby, gdyby nie fakt, że jego chłopakiem był Ślizgon, Draco Malfoy. Jednak przez ostatnie kilka lat, które ze sobą spędzili, wydawał się zmienić i Harry naprawdę nabrał nadziei, że jego marzenia mogą się spełnić.
- Salazarze, to musiałoby być cudowne: duszenie się wśród tuzina, a może i dwóch tuzinów wiewiór, przekrzykujących się, rzucających prezentami i śpiewających słodkimi głosikami o nagusieńkim Jezusku i jego nieskalanej matce. Wymarzone święta, Potter.
- Mam na imię Harry! Harry, rozumiesz? Po tych kilku latach wciąż nie możesz zwracać się do mnie po imieniu?
- W każdym razie, wybacz, ale ja odmawiam uczestniczenia w tej jakże rodzinnej kolacji wigilijnej z twoimi przyjaciółmi – zawiesił na chwilę głos – Potter – wycedził, uśmiechając się cynicznie.
Tym razem trzask drzwi był dla jego nerwów istnym ukojeniem. Jednak nie na długo. Nie mógł czuć ulgi po tym wszystkim, co usłyszał, a trzaśnięcie drzwiami wcale nie rozwiązywało sytuacji – było jedynie odcięciem się od tego wszystkiego, od Draco. Lodowate powietrze wstrząsnęło jego rozgrzanym ciałem. Deszcz zacinał jak opętany, wraz z wiatrem smagając mu policzki. Teraz jednak wcale go to nie obchodziło. Musiał ochłonąć. Zamierzał iść przed siebie, nie ważne jak długo i jak daleko, zanim się nie uspokoi, choć zdecydowanie było to głupie, gdyż mieszkali na przedmieściach i to w pewnym oddaleniu od jakichkolwiek zabudowań. Ich mały dworek był niemal odgrodzony od świata żelaznym, wysokim płotem i równo przyciętym żywopłotem, który niezależnie od pory roku miał soczystozieloną barwę. Zanim w ogóle dotarł do bramy wyjściowej, minęło kilka minut. Sztuczne lampki oświetlały mu wybrukowaną ścieżkę, starannie oczyszczoną przez ich lokaja – ze względu na Hermionę, wolał nie zatrudniać skrzatów domowych. Gdyby nie zaklęcia ochronne, teleportowałby się od razu, zaraz spod drzwi, i przeniósł daleko za posiadłość, żeby szybko znaleźć się jak najdalej od Draco, jednak w tej sytuacji musiał przejść cały ogród.
Droga poza terenem dworu była grząska i mokra od szybko zamarzającego deszczu. Harry co chwilę zapadał się w jakąś dziurę, przeklinając cały świat, jednak brnąc dalej, aż w końcu poczuł, że ma w błocie niemal całą nogawkę spodni. Dał za wygraną, uświadamiając sobie, że to w żaden sposób nie pomoże. Przywołał w myślach jedyne mu teraz bliskie miejsce i po chwili poczuł nieprzyjemne szarpnięcie gdzieś w okolicy pępka.
^*^*^*^
- Harry, co się stało? – W drzwiach ukazała się czupryna bujnych, kręconych włosów.
- Pokłóciłem się z Draco – odpowiedział cicho, czując się jak ostatnia ofiara losu. – Mogę wejść? – zapytał nieśmiało.
Hermiona otworzyła szerzej drzwi i niemal wciągnęła go do środka, od razu wskazując mu kuchnię. Wzięła z półki różdżkę i jednym ruchem sprawiła, że jego ubranie z powrotem było czyste i suche.
- Przepraszam… obudziłem cię? – Spojrzał na jej czerwony szlafrok, luźno związany w pasie.
- Nie, nie, skąd. Zrobię ci gorącą herbatę – oświadczyła, machając różdżką, nalewając wodę do czajnika i stawiając go na gazie. – Usiądź i opowiadaj, co się stało – zarządziła, siadając na drugim krześle, bardzo blisko tego, które poleciła mu zająć.
- Hermiono, ja już nie wytrzymuję – zaczął żałośnie. Kobieta spojrzała na niego ze współczuciem i ujęła jego dłoń, zachęcając, by mówił. – Mieliśmy na dzisiaj wiele planów, wiesz, zakupy przedświąteczne i tym podobne rzeczy. Ale Draco nie przyszedł, dopiero teraz, po czterech godzinach, wszedł pijany do domu… Mówił, że był w tym nowym klubie gejowskim, żeby obejrzeć nowe towary. – Prychnął z kpiną. – I mówi do mnie „Potter”, nie „Harry”, tylko „Potter”, a przecież jesteśmy razem już tak długo… Wyśmiał mnie i moje pomysły odnośnie naszych wspólnych świąt, Wigilii i wszystkiego innego…
Harry umilkł, nie mogąc wypowiedzieć ani słowa więcej – czuł w gardle narastającą gulę. Żołądek ścisnął mu się nieprzyjemnie. Bał się, że jeszcze chwila, a się rozpłacze, co byłoby co najmniej żenujące i krępujące. Podniósł powoli spojrzenie na Hermionę, która patrzyła na niego tak, jakby był jakimś nowo odkrytym okazem wyjątkowo ciekawego stworzenia.
- Gdzie jest Ron? – zapytał cicho, kiedy cisza zdawała się przedłużać.
Przyjaciółka podniosła się z krzesła i wyłączyła gotującą się wodę.
- W ministerstwie, powinien niedługo wrócić – odpowiedziała, stawiając przed Harrym kubek z parującą herbatą. – Powiedz jeszcze raz, tylko wolniej, spokojniej. Od początku. – Mężczyzna opowiedział jej wszystko, co zdarzyło się tego wieczora, czując się znowu jak za dawnych lat, kiedy jeszcze chodzili do Hogwartu. Hermiona słuchała go uważnie, niemal studiując każde wypowiedziane przez niego słowo, wydawała się wręcz notować je w umyśle i w ekspresowym tempie przetwarzać zdobyte informacje. – Jakie miałeś pomysły związane ze świętami? – zapytała, gdy już skończył.
- No wiesz, stół wigilijny, miła rodzinna atmosfera, może jacyś goście, przyjaciele, prezenty… Ale to raczej niemożliwe.
- Powiem tak: nic nie usprawiedliwia Draco i jego wrednego zachowania, ale powinieneś wcześniej wiedzieć, że to naprawdę niemożliwe – stwierdziła dobitnie Hermiona. – Wybacz, Harry, ale on nie jest z tych, co zasiadają do stołu wigilijnego, gdy tylko na niebie zabłyśnie pierwsza gwiazdka, śpiewają kolędy z gromadą wrzeszczących dzieci i dzielą się opłatkiem ze wszystkimi naokoło. Powinieneś to wiedzieć.
- Wiem, wiem. Ale…
- Myślałeś, że jednak coś się zmieniło, tak? Że może się uda? – Hermiona zacisnęła wargi i zmarszczyła brwi. Jej spojrzenie było pełne współczucia i Harry z jednej strony czuł, że dłużej tego nie wytrzyma. Jednocześnie zdawał sobie sprawę, że nie ma teraz innego miejsca, w którym mógłby się podziać, w którym znalazłby kochających przyjaciół, gotowych wysłuchać go o każdej porze dnia i nocy, gotowych mu pomóc.
Kiedy Ron i Hermiona postanowili razem zamieszkać, Potterowi wydawało się, że świat stanął na głowie. A raczej przewrócił się, legł w gruzach, czy co tam jeszcze może się z nim stać. Po prostu wszystko wydawało się skończyć – przyjaciele zawsze byli niemal na każde jego zawołanie. Mógł ich odwiedzić, kiedy tylko chciał, wyżalić się z każdego problemu i nigdy nie czuł się czymkolwiek skrępowany. Byli jak rodzeństwo i fakt, że dwoje z ich trójki nagle miało rozpocząć wspólne życie, zrodził w nim uczucie niewyjaśnionego dyskomfortu. Przez dłuższy czas, zanim decydował się na odwiedzenie przyjaciół, zastanawiał się dziesięć razy, czy to aby na pewno dobry pomysł. W żadnym wypadku nie zamierzał zastać ich w niestosownej i niezbyt miłej dla niego sytuacji. Później jednak, gdy sam zamieszkał z Draco, wszystko stało się prostsze. Poza tym nie raz mógł się przekonać, że może liczyć na pomoc Rona i Hermiony w każdej sytuacji – to samo zresztą oni mogli powiedzieć o nim. Tak więc myśl, że mógłby zawitać w ich domu o dwunastej w nocy wcale nie wydawała mu się niestosowna, dziwna czy wymagająca przemyślenia, tym bardziej, że teraz było to dla niego jedyne przyjazne miejsce na świecie.
Harry spostrzegł, że Hermiona marszczy brwi i wpatruje się w jakiś punkt ponad jego ramieniem. Myślała nad czymś intensywnie, a dziwne błyski w jej orzechowych oczach nie wróżyły niczego dobrego.
- Harry – zaczęła stanowczym, poważnym, ale niemal drżącym od emocji głosem. Spojrzała na niego tajemniczo. – Jesteście ze sobą trzeci rok. Nie przerywaj mi. Pierwszy rok nie był oficjalny, doskonale o tym wiem. To było raczej chłopięce chodzenie ze sobą, jak to nazywaliśmy w szkole, a nie coś poważnego. Później ze sobą zamieszkaliście i przerodziło się to w coś więcej niż chodzenie. Mówiłam, nie przerywaj mi. Teraz rozpoczyna się trzeci rok waszego związku i uważam, że to najwyższy czas, by wreszcie skończyć z bzdurami i zacząć zachowywać się jak dorośli faceci, a nie rozhisteryzowane, dumne nastolatki. To żałosne. Zupełnie nie rozumiem, jak po tylu latach Draco może wciąż mówić do ciebie „Potter”, nie używać twojego imienia…
Mężczyzna odchrząknął i spuścił głowę, uśmiechając się lekko.
- O co chodzi? – zapytała zirytowana, że jednak jej przerwał.
- Używa mojego imienia, ale… rzadko. To znaczy… - Zawahał się, omijając wzrokiem twarz przyjaciółki.
- Mów – zarządziła, a gdy wciąż błądził oczami po kuchni, chwyciła go za brodę i zmusiła do spojrzenia na siebie. – Mów, Harry.
- Oj, mówi tak do mnie w łóżku, choć też nie zawsze. – Kąciki ust kobiety drgnęły delikatnie. Teraz ona odwróciła wzrok. – Ale i tak z trudem przechodzi mu to przez gardło…
- O tym właśnie mówię – oznajmiła Hermiona, wracając do rzeczowego tonu. – Tak nie może być. Malfoy zdecydowanie sobie z ciebie kpi. Ogląda się za „nowymi towarami”? Przecież ma chłopaka, od dwóch lat jest w stałym, choć trochę dziwnym, jak widzimy, związku, ale jednak jest to oficjalne! Poza tym, co by to był za skandal, gdyby dowiedziała się o tym prasa? Już raz zrobili wam niezłą aferę, gdy się ujawniliście. A gdyby teraz przyłapali Malfoya w klubie z jakimiś facetami? Bez ciebie?
Harry pomyślał sobie, że gorzej by było, gdyby to on sam przyłapał Draco w klubie z jakimiś facetami, ale nie powiedział tego na głos. Nie zamierzał teraz o tym myśleć. Wierzył, że jego chłopak – jakkolwiek dziwny i nietypowy – ma swój honor i zasady, czuł coś do Harry’ego i nie zdradziłby go.
- Musisz mu pokazać, kto tu rządzi! – wyrwał go z myśli krzyk Hermiony. – Nie patrz tak na mnie. Wszystko już obmyśliłam. To będzie dla ciebie ciężkie i na pewno bolesne, ale Draco musi w końcu zrozumieć, że nie jesteś jakąś tam szmatą, którą może pomiatać, zdradzać, poniżać i nie szanować.
- Dzięki, Hermiono – mruknął niemrawo Harry.
- Och, wybacz, wiesz, że nie to miałam na myśli – zreflektowała się, posyłając mu przepraszający uśmiech. – W każdym razie, czy jesteś gotowy na to wyzwanie?
- Że co?
- Jesteś gotowy zawalczyć o ten związek, udowodnić Malfoyowi, że nie może bez ciebie wytrzymać, że ty również umiesz się zabawić i że nie on rządzi?
Mężczyzna wpatrywał się osłupiały w przyjaciółkę, nie bardzo wiedząc, co ma zrobić. Jej pomysły zazwyczaj okazywały się trafione, potrafiła dobrze ocenić sytuację, poradzić i pomóc w potrzebie, a jeśli miałby komuś powierzyć swoje życie, tą osobą byłaby właśnie Hermiona. Teraz jednak miał pewne wątpliwości, ale ostatecznie zgodził się i przysiągł współpracować.
- Dobrze! – ucieszyła się kobieta i zaraz zniżyła głos do konspiracyjnego szeptu. – Zatem słuchaj…
***
[b]12 grudnia[/b]
- Mam się wyprowadzić z domu?!
- Przykro mi, Harry, ale tak będzie dla ciebie najlepiej.
- Jak to najlepiej?! – wykrzyknął zszokowany. Nie mieściło mu się w głowie, by mógł się wynieść ze swojego dworku, zostawić Malfoya samego…
- W ten sposób pokażesz mu, że naprawdę masz tego dość – oponowała Hermiona. – Wprowadzisz słowa w czyn. Uwierz mi, że to zrobi na nim piorunujące wrażenie, nawet jeśli nie okaże tego od razu.
- I co dalej? – Harry czuł się tak, jakby szedł na szubienicę. Spodziewał się wszystkiego, tylko nie tego, że Hermiona będzie knuła jakąś miłosną intrygę z nim w roli głównej!
- Nie rób takiej miny, Harry. Zaufaj mi –Kobieta uśmiechnęła się, klepiąc go po dłoni. – Później sobie poszalejesz. Dosłownie pójdziesz na całość, będziesz tańczył do białego rana w klubach gejowskich, podrywał facetów i ogólnie dobrze się bawił, a to wszystko na oczach Draco! – Gdy mówiła, jej oczy wyraźnie się świeciły. Wydawała się być wniebowzięta. Harry jednak nie podzielał jej entuzjazmu.
- Jak to na oczach Draco? – Potter nie wierzył własnym uszom.
- Harry, ty głupku! Chodzi właśnie o to, żeby on się o tym dowiedział, widział to albo od kogoś usłyszał, żeby był tego świadomy. Żeby go zabolało, dało do myślenia, żeby był zazdrosny i tym podobne…
- Naprawdę, Hermiono, nie wiem, czy to dobry pomysł. – Harry westchnął, zrezygnowany. Herbata zdążyła już dawno wystygnąć. Kubek nieprzyjemnie chłodził jego dłonie, które wciąż na nim zaplatał. Jednak w kuchni było ciepło, niemal czuł tę przyjemną, rodzinną atmosferę, która otaczała go zewsząd , będącą niemal fundamentem tego domu.
- Harry. – Kobieta ujęła jego twarz i zajrzała mu prosto w oczy, tak, jak potrafiła tylko ona. Zajrzała głęboko, bardzo głęboko, dostrzegając to, czego nie widzieli inni. – Kochasz go, prawda?
- Tak.
- I nie chcesz go stracić?
- Nie.
- Więc musisz to zrobić – oświadczyła z triumfem.
- Mam się od niego wyprowadzić, tak jakby z nim zerwać, a później podrywać wszystkich wokół…
- Tylko tych wyszukanych – zaznaczyła pospiesznie Hermiona.
- … i to ma mi pomóc w nie straceniu go?
- Czy ty naprawdę nic nie rozumiesz? – zapytała kobieta z westchnieniem. – Myślałam, że geje mają w sobie nieco kobiecości, ale najwyraźniej się myliłam. Zaufaj mi. Jestem kobietą… znam się na tym. – Mrugnęła do niego zawadiacko. – A teraz powinieneś iść spać. Jutro trzeba wcielić nasz plan w życie!
- Jutro?! Już jutro?
- A kiedy zamierzałeś to zrobić? Po świętach? – Załamała ręce.
- Ale…
- Harry, czasem trzeba się poświęcić dla dobra sprawy – powiedziała łagodnym głosem, pociągnęła go za łokieć i zaprowadziła do pokoju gościnnego. – Do zakończenia naszego planu możesz tu zamieszkać. – Uśmiechnęła się do niego łagodnie. – Dobranoc. – Pocałowała go w policzek i wyszła, gasząc po drodze światło. Wydawało się, jakby żyła we własnym świecie pełnym miłosnych intryg i nic innego nie było już teraz ważniejsze.
Pomieszczenie wypełniła ciemność. Kiedy oczy Harry’ego już do niej przywykły, wszystko stało się nieco wyraźniejsze, dostrzegł nawet kanapę, na której miał spędzić tę i prawdopodobnie kilka kolejnych nocy. Szybko transmutował jedną z ozdobnych poduszek w koc – który w założeniu miał być czerwony i puchaty, ale w ostateczności okazał się srebrny, połyskujący i zrobiony ze śliskiego, cienkiego materiału – po czym położył się. Latarnia uliczna świeciła wprost w jego twarz, oświetlała starannie wypolerowane panele z jasnego dębu. Zamknął oczy, jeszcze przez chwilę widząc pod powiekami białe refleksy świetlne, a po chwili zapadł w sen.
[i ]„Jak mam z serca wyrwać cię?
To jak przestać żyć”[/i]
Kiedy aportował się przed bramą prowadzącą do dworku, serce waliło mu jak oszalałe. Droga była całkowicie zamarznięta, słyszał trzaskanie pękającego pod jego stopami lodu. Hermiona specjalnie wybrała piętnastą trzydzieści, ponieważ za pół godziny Draco miał wrócić z pracy, co było kluczowymmomentem jej starannie dopracowanego planu.
W drzwiach powitał go Henry, lokaj – mężczyzna w średnim wieku, wysoki i bardzo szczupły, wręcz chudy, o pociągłej twarzy i równo wykrojonych wargach. Na ogół Harry wcale go nie widywał – czasem mignął mu gdzieś przed oczami, gdy rzucał jakieś zaklęcia sprzątające albo gdy gotował im obiad, ale na ogół Henry spędzał czas w ciszy i spokoju, w swoim własnym zakątku w części domu jak najbardziej oddalonej od sypialni Draco i Harry’ego. Mężczyzna nigdy się nie odzywał i Harry prawie nic o nim nie wiedział.
W tym momencie jednak Potter zapałał do niego dziwną sympatią. Nagle do głowy przyszła mu myśl, że może plan Hermiony się nie powiedzie, że jest to ostatni moment, kiedy widzi Henry’ego. Skinął mu z szacunkiem głową, jednak nie odezwał się, szybko wchodząc do środka i znikając w salonie.
Nie wiedział, od czego zacząć. Miał zabrać najpotrzebniejsze rzeczy, ale w danej chwili żadna z takowych nie przychodziła mu do głowy. Zamiast tego usiadł w swoim fotelu, ustawionym blisko kominka i westchnął ciężko, próbując odgonić od siebie wszelkie myśli i odprężyć się przez chwilę.
To miejsce było jego prawdziwym domem. Kochał je i naprawdę czuł w nim tę swoistą atmosferę, którą niegdyś odczuwał w Hogwarcie czy Norze. Nawet mieszkanie Rona i Hermiony, choć tak niezwykle mu przyjazne, bliskie, niemal rodzinne, nie dorównywało temu miejscu. To miejsce należało jego. Jego i Draco – ich własny dom. Uwielbiał tę podłogę z ciemnego dębu i kominek, przy którym zawsze odpoczywał, tańczący w nim przyjemny ogień, biały miękki dywan, na który kiedyś rozlał przez przypadek wino, gdy Draco nagle zapragnął wziąć go nie w łóżku, a właśnie na podłodze. Uwielbiał wszystkie arystokratyczne aspekty, które przyniósł do tego domu Malfoy, a którym na początku był tak przeciwny. Tak samo zresztą jak przeciwny był samemu dworowi.
On zawsze pragnął małego mieszkania, trzech, góra czterech pokoi, niewielkiej kuchni i przytulnego salonu, a nagle miał zamieszkać w dworku z ogromnym ogrodem, lokajem i wszystkimi arystokratycznymi bzdurami, rodem z posiadłości rodowej Malfoyów. Wydawało mu się to wtedy głupotą – nie przywiązywał nigdy uwagi do wyglądu wnętrz, ich urządzenia, mebli, dodatków i wszystkich tych głupot. Ale dla Draco było to bardzo istotne, jeżeli nie niezbędne, więc Harry, choć z pewnymi oporami, pozwolił mu w końcu zająć się wszystkim, co wiązało się z ich niemałym i nieprzytulnym dworkiem. A jednak był wstrząśnięty efektem, jaki zastał po przeprowadzce. Teraz uczucie to wydawało się jeszcze silniejsze, gdy uświadomił sobie, że tak naprawdę dom był przytulny – na swój sposób stwarzał ciepłą atmosferę i to wszystko, czego potrzebował. Nie chciał czepiać się szczegółów – trzy czy dziewiętnaście pokoi, co za różnica. I tak kochał to miejsce.
A teraz miał się z nim rozstać.
Spojrzał na wielki, oszklony zegar, stojący po drugiej stronie salonu, i zerwał się na równe nogi. Lada chwila miał przyjść Draco i Harry musiał teraz zrobić to, co nakazała mu Hermiona, bo inaczej jej plan mógł się nie powieść. Idąc do sypialni, mężczyzna naprawdę próbował uwierzyć, że to wszystko jedynie mu pomoże, a nie jeszcze bardziej pogrąży. Ufał swojej przyjaciółce bezgranicznie – gdyby nie to, nigdy by się na to wszystko nie zgodził. Jeszcze przed chwilą obawiał się, że Draco może go zdradzać, a teraz sam miałby to robić? To całkowicie kłóciło się ze wszystkim, co wyznawał, a jednak zgodził się… choć nie do końca był do tego przekonany.
Wszedł do sypialni, starając się nie myśleć o atłasowej narzucie na wysokim, miękkim łóżku, uginającym z przyjemnym, delikatnym skrzypnięciem, gdy się na nim usiądzie, albo z nieco bardziej natarczywym skrzypieniem, gdy… Harry potrząsnął głową i podszedł do komody. Transmutował parę skarpetek w walizkę i zaczął powoli wkładać do niej najbardziej niezbędne rzeczy.
Nie musiał długo czekać, choć tak naprawdę bardzo chciał nigdy nie doczekać się powrotu Draco.
Henry otworzył mu drzwi – nie wymienili przy tym ani jednego słowa – po czym zamknął je i podążył do kuchni, prawdopodobnie po to, żeby przygotować coś do jedzenia, skoro wszyscy mieszkańcy wrócili do domu. Malfoy przeszedł przez korytarz pewnym, niespiesznym krokiem, zatrzymując się przy wejściu do salonu. Później skręcił w kolejny korytarz, zajrzał do biblioteki, wyjrzał przez okno do ogrodu zimowego, aż w końcu wszedł po schodach na górę, do sypialni.
Harry nie odwrócił się, gdy usłyszał Draco w progu pokoju. Zacisnął szczęki i kontynuował swoje mozolne pakowanie. Przetwarzał w myślach jeszcze raz wszystko, co powiedziała mu Hermiona: ma być niewzruszony, twardy i pewny siebie, nie okazywać załamania. Musi postawić jasno na swoim, zbić Malfoya z tropu, spakować bieliznę i trochę ubrań na zmianę, a później wyjść, zwracając się do niego po nazwisku i ze spokojem zamykając drzwi. Nie miał pojęcia, jak to zrobi.
Przez dłuższą chwilę panowała napięta cisza.
- Co robisz? – zapytał w końcu Draco, a jego głos brzmiał niczym jakieś ostre, bolesne zaklęcie, niczym Cruciatus, paraliżujący i wyciskający z ofiary jęki rozpaczy. Harry też miał ochotę rzucić się na ziemię i zacząć wyć z bólu, ale nie zrobił tego, zaciskając coraz mocniej szczęki, aż zabolały go zęby.
- Pakuję się. Nie widać? – odpowiedział, siląc się na spokojny ton.
- Zauważyłem – warknął Malfoy. To nie było jednak zwyczajne warknięcie, które Harry słyszał na co dzień. To warknięcie kryło w sobie wyrzut i niedowierzanie. – Ale po co?
- Wyprowadzam się. Powiedziałem ci wczoraj, że mam już dość. – Potter podniósł się wreszcie, zamknął walizkę i zmniejszył ją do takiego rozmiaru, żeby mogła zmieścić mu się w kieszeni. Rozejrzał się powoli po pokoju, sprawdzając, czy niczego nie zapomniał, po czym przeszedł do łazienki, wciąż usilnie starając się omijać wzrokiem drugiego mężczyznę. Nogi drżały mu przy każdym kroku i bał się, że zaraz po prostu się przewróci, zdradzając wszystkie swoje uczucia.
Malfoy nie ruszał się z miejsca, najpierw bacznie śledząc ruchy Harry’ego, aż w końcu jedynie wpatrując się martwym wzrokiem w podłogę. Nie odzywał się, jego twarz okrywała kamienna maska – Harry nie miał pojęcia, co czuje mężczyzna poza tym, że najwyraźniej się tego nie spodziewał.
Tak jak przypuszczała Hermiona, Potter nie miał żadnych problemów z opuszczeniem dworku. Malfoy nie zamierzał go zatrzymywać, przekonywać, by został, czy coś z tych rzeczy – nie, Malfoy po prostu milczał. Dopiero gdy Harry znalazł się już na korytarzu, niedaleko drzwi, oświadczył pozbawionym jakiejkolwiek barw...
ozzie92