Noc.doc

(34 KB) Pobierz
Noc

Noc



Otwieram oczy, próbując przeniknąć wzrokiem otaczającą mnie ciemność. Żadne kontury nie pozwalają się rozpoznać. Szklane fiolki, stojące na moim biurku − ukryte gdzieś wśród tego mroku − lekko brzękają. Dlaczego? Drżąc − ostrożnie siadam na łóżku. W mojej sypialni jest zimno − w lochach wszędzie jest zimno. Po omacku szukam swej różdżki. Jest dokładnie tam, gdzie ją zostawiłem − na stoliku nocnym. Rozniecam ogień w kominku i dopiero, kiedy delikatny blask płomienia ogarnia komnatę, ważę się odetchnąć. Nienawidzę ciemności. Ironia losu, że to właśnie ja jej nienawidzę, skoro to przecież pod jej czułą opieką wielokrotnie udawało mi się uciekać przed przeznaczeniem. Ale nie ufam jej. Tak samo jak nie ufam sobie.

Po paru minutach siedzenia w bezruchu, decyduję się wstać. Wiem dobrze, że już nie zasnę. Dlatego nie ma sensu pozostawać w łóżku. Biorę zimny prysznic, ubieram się... I wtedy zaczynam swoją conocną wędrówkę korytarzami Hogwartu. Już jako uczeń tak spacerowałem − nocami − kryjąc się przed napotykanymi ludźmi. Niewielu udało się mnie zaskoczyć. Przynajmniej nie więcej niż raz w roku. A teraz mogę oficjalnie wędrować... i straszyć co odważniejszych uczniów. Cóż za wspaniałe uczucie.

Korytarze są słabo oświetlone, niektóre pochodniami, inne świecami. Ja sam nie chciałbym wpaść na jakąś ścianę. Ale czasami idę w ciemności. Niektóre pochodnie musiał ktoś zgasić. Pewnie jakiś uczeń. Czasem rozumiem Flicha, który chciałby przywrócić tortury w edukacji...

Prawie bezszelestnie krążę między wieżami. Towarzyszą mi wspomnienia... obrazy z przeszłości − szczególnie jeden: rozmowy z pewnym starym alchemikiem o moim zawodzie, zażarte dyskusje... Nocami, między godziną drugą i czwartą.

Idę skontrolować pokój wspólny Slytherinu − tylko po to by ewentualnie powstrzymać, co niektórych przed zamianą kur Minerwy w nocny posiłek. Mam nadzieję, później uda mi się jednak zasnąć. Jest tam prawie cicho. Prawie.

Na jednym z foteli leży, niemal zsunięty na podłogę i w bardzo niewygodnej pozycji, Draco Malfoy − obecny siódmoklasista i jeden z moich zaufanych uczniów. Śpi. Na kanapie obok niego spoczywa pierwszoklasista. Mały chłopiec. Ma dopiero 9 lat. Jedna z ofiar naszych czasów. Voldemort zabił jego rodziców. To, że to dziecko jeszcze żyje jest moją zasługą − ja za to zapłaciłem − a on teraz już nigdzie nie jest bezpieczny. Nigdzie prócz Hogwartu, pod czułą opieką Albusa, jako jeden z wielu jego problemów. Jeszcze nie rozwiązanych. Tak właściwie chłopiec jest za mały by uczęszczać do pierwszej klasy. Jest bardzo inteligentny i ma wielu przyjaciół, ale jest za mały. Boi się, a nocami miewa koszmary. Krzyczy przez sen, lub nie chce się w ogóle kłaść. Samotnie.

− Panie Malfoy − ostrożnie budzę starszego z chłopców, który najpierw musi rozetrzeć sobie kark, by móc odwrócić głowę.

− Profesorze... − zaczyna cicho. − Przepraszam, ale ja...

− Już dobrze − przerywam mu nieuprzejmie. − Zajmę się nim.

Draco kiwa głową, przeczesując palcami włosy, jeszcze nie do końca rozbudzony. Wstaje i kieruje się do swojej sypialni.

− Panie Malfoy... pięć punktów dla Slytherinu. Dziękuję.

Uradowany odwraca się ostatni raz, mówi:

− To zrozumiałe − i wychodzi.

Biorę na ręce nadal śpiącego chłopca i rzucam do kominka trochę proszku Fiuu. Po chwili jesteśmy w sali szpitalnej.

Zostawiam go pod opieką Poppy i po wysłuchaniu jej tyrady na temat mojej własnej bezsenności kontynuuję wędrówkę. W zamku panuje spokój. Moje kroki, prawie bezgłośne, są jedynymi dźwiękami przerywającymi ciszę. Wędruję między starymi murami. Murami, które już tyle widziały. Mój ojciec, mój dziadek − obaj ze Slytherinu... Tom Riddle, Luciusz Malfoy, ten przeklęty Black, wilkołak Lupin, Lily Potter, i oczywiście ja. Wszyscy tu chodziliśmy, wszyscy tu żyliśmy. Tylu przed nami. I tylu po nas. Jestem ciekawy, co by powiedziały te mury, gdyby potrafiły mówić?

Przystaję przy jednej z zimnych, gołych ścian, kładę dłoń na szarym kamieniu i naciskam lekko. Zimny kamień jest całkiem skromny, ale pod moim dotykiem lekko drży. Wsłuchuję się w ciszy zamku w drżenie tego kamienia. To prawie śmieszne, ale naprawdę istnieją śpiewające kamienie. Jednakże ten, przy którym stoję, nie chce zaśpiewać. Powoli ogarnia mnie senność. Zamykam oczy. Tylko chwila spokoju, tylko chwila ciszy. Czuję czyjąś dłoń na moim ramieniu.

− Severusie − stoi przy mnie Albus Dumbledore. Ubrany w poranną szatę z białym futrzanym kołnierzem, który wspaniale gryzie się z turkusowymi butami. Jest zatroskany.

Speszony odgarniam włosy z twarzy.

− Albus... dzień dobry.

Uśmiecha się.

− Co tu robisz w środku nocy? Minerwa radzi sobie dobrze z nocnym "patrolem"...

Potrząsam głową i mówię mu o Draconie oraz o tym chłopcu. A potem usprawiedliwiam się i odchodzę. Gdyby ktoś mnie znał, powiedziałby, że uciekam.

Z powrotem w lochach, w swojej komnacie, znów się rozbieram. Dopiero trzecia. Nie było mnie ponad dwie godziny. To niewiele. Czasami spaceruję nawet sześć godzin. Ale senność znowu powraca. Kładąc się i przygotowując poduszkę, przypominam sobie o tym, co mnie obudziło. Drżenie moich fiolek. Gdy gaszę światło i ogarnia mnie ponownie ciemność, próbuję dojść do tego, dlaczego one pobrzękiwały. I wtedy, kiedy już prawie zasypiam, uświadamiam sobie, jaki był tego powód. Już wiem co mnie obudziło. To był mój własny krzyk.

 

...
Zgłoś jeśli naruszono regulamin