kod.pdf

(356 KB) Pobierz
356151 UNPDF
"Kod Leonarda da Vinci" ­ książka, która zaabsorbowała 
wielu... 
Poniższy tekst nie jest polemiką z wszystkimi błędnymi danymi "Kodu". Jest ich zbyt wiele. Autor 
sygnalizuje jedynie wybrane kwestie i to w sposób raczej pobieżny, zachęcając czytelnika do dalszego 
poszukiwania WIEDZY tam, gdzie można ją RZECZYWIŚCIE znaleźć. 
Numery stron na podstawie wydania wyd. Sonia Draga i Albatros, Warszawa 2004, wyd. 5. 
poprawione. 
Książka Browna wprowadziła dużo zamieszania u wielu. Jak na powieść kryminalną zawiera 
wyjątkowo liczne dane kulturowe, historyczne i religijne. Wiele z nich nie jest związana bezpośrednio z 
przebiegiem akcji. Dają one ogólne wrażenie rzetelnych informacji, które ­trzeba to przyznać ­ 
umiejętnie włączone w wartki bieg akcji, stawiają czytelnika od samego początku wobec wielu nowych 
wiadomości o bardzo czytelnej dla każdego ogólnej wymowie: dzisiejsze katolickie chrześcijaństwo 
(choć także chrześcijaństwo w ogóle) jest deformacją pierwotnych idei; przez długie wieki było zaś 
ideologią swobodnie kształtującą swoją doktrynę. Zachowała się jednak prawda, która dopiero dzisiaj 
ma szansę stać się dostępna dla ogółu, m. in. dla czytelnika "Kodu". 
Zbiór bzdur 
Przejrzyjmy na początek grupę przykładowych drobnych 
danych z książki Browna, aby już na wstępie właściwie spojrzeć 
na rzetelność autora. "Kod Leonarda" zawiera szereg 
informacji, które ukazują dyletanctwo Browna lub niepoważne 
traktowanie czytelnika, a które rzutują na podejście myślącego 
odbiorcy do wielu innych zawartych w książce treści. 
Na przykład Brown mówi, iż kościół Santa Maria delle Grazie, 
gdzie znajduje się słynna "Ostatnia Wieczerza" Leonarda da 
Vinci, jest w pobliżu Mediolanu (s. 301), podczas gdy to 
centrum miasta. Wspominany zaś przez autora brak kielicha na 
"Ostatniej Wieczerzy" nie jest mankamentem (s. 302), ale 
ilustracją Janowego opowiadania o Ostatniej Wieczerzy, w 
którym nie ma wzmiankio ustanowieniu Eucharystii w 
odróżnieniu od trzech pozostałych ewangelistów; Leonardo 
zilustrował moment, w którym pada pytanie o zdrajcę (zob. J 
13,21­30). 
Inny przykład: mowa jest w książce o mnichuz Opus Dei w habicie ­otóż jak wiadomo nie ma w Opus 
Dei mnichów, nie ma też tym bardziej i żadnych habitów. Stosunkowo kuriozalne jest wspomnienie 
przez Browna kulturowego znaczenia prawej strony jako ważniejszej. Miałby to być wytwór Kościoła. 
Ten absurd pozostawiam bez komentarza. Z kolei szklana Piramida, wejście do paryskiego Luwru, 
składa się dla autora z 666 kawałków szkła ­ w rzeczywistości ma ich 673. Zdziwienie budzi także 
stwierdzenie dotyczące Opactwa Westminster w Londynie: "można się tam zgubić" (s. 495). Ma to 
stworzyć potrzebny klimat niesamowitości. Ale trudno się zgubić w średniowiecznym kościele. W 
Westminsterze też się to nie może zdarzyć ­ wie o tym każdy, kto był tam lub w jakiejkolwiek innej, 
nawet olbrzymiej, średniowiecznej świątyni. Inny przykład: Brown, idąc niestety śladem wielu innych, 
przypisuje biblijnej Ewie ugryzienie jabłka (s. 526), podczas gdy Biblia mówi jedynie o owocu (por. 
Rdz 2,16­17; 3,1­6).
Refektarz w klasztorze Santa Maria delle 
Grazie w Mediolanie 
356151.003.png
Zbiór bzdur... 
Historia dla... Dla kogo? 
Historia to kolejna płaszczyzna, gdzie dezinformacja goni kłamstwo. Czytelnik dowiaduje się np. o 
istnieniu Zakonu Syjonu, który odgrywa kluczową rolę w całości powieści. Informacje o nim są podane 
w taki sposób, że nawet osoba wykształcona może dojść do przekonania, iż ten wątek historii 
średniowiecznej po prostu akurat przeoczyła. Strona 9, zawierająca tzw. fakty, mówi, że w 1975 r. w 
Bibliotece Narodowej w Paryżu odkryto zwoje pergaminu ujawniające tożsamość wielu członków tego 
zakonu (m. in. da Vinci, Botticellego, Newtona, Hugo). Jest to informacja tak zasadnicza dla całości 
treści książki i umieszczona jako oczywistość, iż trudno czytelnikowi nawet postawić sobie pytanie, czy 
to już literacka fikcja. Krótko mówiąc: nie było w historii żadnego Zakonu Syjonu. Jest to w całości 
fantazja. Nie jest to nawet nawiązanie do jakiegoś podobnego zakonu lub organizacji istniejącej pod 
inną nazwą. Rzekome wielkie odkrycie w Bibliotece Narodowej w Paryżu wspomniane przez "Kod" 
zostało zdyskredytowane w 1996 r. przez BBC i prasę francuską. Jego autor i fałszerz P. Plantard został 
postawiony przed sądem we Francji, gdzie odwołał całą historię o Zakonie Syjonu przyznając 
jednocześnie, iż dokumenty sfabrykował i umieścił w różnych bibliotekach. Dokonane w jego domu 
przeszukanie ujawniło zaś posiadanie innych dokumentów­ m in. świadczących, iż jest... królem 
Francji. Plantard został zwolniony przez sąd jako dziwak o znikomym stopniu szkodliwości społecznej. 
Brown twierdzi także, iż początkowo chrześcijanie czcili żydowski szabat, czyli sobotę (s. 297n). 
Dopiero cesarz Konstantyn (IV w.) miał dokonać przesunięcia kultu na dzień słońca czyli niedzielę. 
Wystarczy jednak sięgnąć do licznych tekstów wczesnochrześcijańskich z II i III w., aby zobaczyć, iż 
od początku dniem tym była niedziela (por. np. pisma św. Justyna, Klemensa Aleksandryjskiego, 
Orygenesa). Brownowi myli się to wydarzenie zapewne z upaństwowieniem niedzieli i ustanowieniem 
tego dnia wolnym od pracy, czego istotnie dokonał ten cesarz w 321 r. 
Nieprawdy i niedorzeczności zawarte są także w informacjach dotyczących rozwiązania zakonu 
templariuszy w 1307 r. (s. 205nn). Brown przypisuje inicjatywę ówczesnemu papieżowi Klemensowi 
V, podczas gdy należała ona zdecydowanie do francuskiego króla Filipa IV Pięknego. Całą zaś akcję 
aresztowania zaplanował i przygotował Wilhelm de Nogaret, kanclerz królestwa. Trudno też mówić 
(Brown), iż likwidacja zakonu była na rękę papieżowi. Jest ona postrzegana dzisiaj jako wyraz słabości 
ówczesnego papiestwa wobec króla Francji. Dramat polegał na tym, iż templariusze liczyli na wsparcie 
papiestwa a Klemens V na to, iż potężny zakon własnymi siłami poradzi sobie z królem. Obie strony 
się przeliczyły... Znamy zaś od niedawna wydany post factumdokument Klemensa V uniewinniający 
zakon. Nie wpłynął on jednak na bieg wydarzeń. 
Trzeba też zauważyć, iż uparte pisanie o Watykanie w przypadku wydarzeń średniowiecza, jak się to 
dzieje u Browna, świadczy o nikłej wiedzy historycznej. Jest to zwykle papierek lakmusowy wobec 
autorów włączających wątek papieski do treści książek obejmujących okres średniowiecza. Otóż 
siedzibą papiestwa byłwówczas (i wcześniej) Lateran. W Watykanie papieże rezydują dopiero od 2. 
poł. XIV wieku. Nie można mylić Belwederu z Pałacem Namiestnikowskim... 
Inne krótkie przykłady "historyczne" z "Kodu": Godfryd z Bouillon nigdy nie był królem Jerozolimy, 
olimpiadyw Grecji odbywały się nie co 8 ale co 4 lata i poświęcone były Zeusowi a nie Wenus, Paryża 
nie założyli Merowingowie ­ założono go w III w p.n.e., a Rzymianie zwali go Lutetia Parisiorum, 
Dagobert z dynastii Merowingów nie zginął z polecenia Watykanu (a raczej Rzymu ­ zob. niżej), ale z 
polecenia majordomusa z Neustrii. Autor pisze ponadto np. o wielkim mistrzu Zakonu Syjonu 
Leonardzie da Vinci jako postaci z XIV (!) w. (s. 216). Francuscy Merowingowie byli zaś dla Browna
356151.004.png
linią dynastyczną wywodzącą się od... Jezusa. 
Kobiecość i Maria Magdalena 
To jeden z przewodnich wątków kulturowych w książce Browna. Maskulinistyczne chrześcijaństwo 
starało się w ciągu wieków zatracić sakralność kobiecą degradując samą kobietę. Temat to tak wielki, iż 
przekracza ramy tego skromnego opracowania. Trzeba jednak zaznaczyć, iż Brown podjął tutaj 
wyjątkowo niefortunny dla siebie trop. 
Czytelnik powieści jest w dość wymyślny sposób sterowany, jeżeli chodzi o postać Marii Magdaleny. 
W pewnym momencie powieściowy historyk Teabing mówi o pisanych źródłach, które miałyby 
zawierać informacje na temat małżeństwa Jezusa. Następuje przy tym powołanie się na gnostycką 
Ewangelię wg Filipa. Zupełnie wyssane z palca jest kluczowe twierdzenie, iż użyty w jej tekście 
rzeczownik "towarzyszka" oznaczał w języku aramejskim także małżonkę. Ewangelie wielokrotnie 
mówią o towarzyszkach Jezusa, które były obecne podczas jego misji. Poza tym tekst Ewangelii wg 
Filipa zachował się w języku koptyjskim a nie aramejskim. Oryginał zaś, wnioskując z aramejskiego 
tłumaczenia powstał w języku greckim. Także wzmianka o pocałunkach Jezusa dla Marii Magdaleny 
nie jest czymś nadzwyczajnym­ jest to norma w ówczesnej kulturze. W taki sposób np. witano się 
(chodzi o osoby sobie znane i bliskie). Nieprawdą jest także informacja o istnieniu zapisu o 
małżeństwie Jezusa z Marią Magdaleną. Nie ma takiej historii w żadnym istniejącym ani cytowanym, 
nawet gnostyckim, tekście. 
Nieprawdopodobny jest poza tym sam motyw, dla którego chrześcijaństwo miałoby ukryć fakt 
rzekomego małżeństwa Jezusa z Marią Magdaleną (s. 313). Przecież nie należało to do istoty misji 
Jezusa i nauczania (o bezżenności wspomina on tylko jeden raz w Ewangeliach). Zarówno sama 
bezżenność znana była już wczesnemu Kościołowi jak również powszechne były małżeństwa 
duchownych. Trudno też mówić (Brown), iż ówczesny żydowski zwyczaj zabraniał bezżenności, co 
miałoby uczynić samotne życie Jezusa mało prawdopodobnym. Otóż Jezus nie był odosobniony w tym 
aspekcie swojego życia. Bezżenność znana była u współczesnych mu esseńczyków, zaś wśród postaci 
Nowego Testamentu należy wspomnieć tutaj prorokini Annę, Jana Chrzciciela, Pawła z Tarsu, a więc 
postacie obdarzane powszechnym szacunkiem wśród żydów. 
Bazylika Świętej Marii Magdaleny, 
Vézelay we Francji 
Książka informuje ponadto, że Kościół próbował wymazać 
postać Marii Magdaleny z pamięci. Jest to również 
niedorzeczność, gdyż z osobą Marii Magdaleny wiąże się jedno 
z ważniejszych wydarzeń Nowego Testamentu, jakim były 
objawienia się Jezusa po zmartwychwstaniu. W Ewangelii Jana 
przedstawiona zostaje ona jako pierwsza osoba, która 
doświadcza spotkania ze zmartwychwstałym Jezusem (zob. J 
20,11­18). To jej Jezus poleca pójść i obwieścić fakt 
zmartwychwstania uczniom. Nadzwyczajności wydarzeniu 
dodaje tradycja żydowska, dla której świadectwo kobiety nie 
miało szczególnej wartości. Sam fakt "posłużenia się" kobietą 
jako pierwszym świadkiem zmartwychwstania mógł być raczej 
kompromitujący dla wczesnego Kościoła a jednak przetrwał i 
nie został usunięty przez wspólnotę chrześcijańską z tekstu. 
Ponadto trzeba mieć także na względzie, iż Maria Magdalena 
pojawia się w Ewangeliach aż 12 razy. Mówieniu o chęci 
pozbycia się jej z pamięci przeczy także liczba kościołów pod 
jej wezwaniem w całej Europie. Wystarczy wpisać w
356151.005.png 356151.006.png
internetowej wyszukiwarce jej imię w odpowiednich językach... 
Zaś miejscem szczycącym się w średniowieczu posiadaniem 
szczątek Marii Magdaleny jest wspaniała XI­wieczna bazylika 
jej imienia w Vézelay we Burgundii, obowiązkowy przystanek 
we Francji dla wszystkich miłośników sztuki. 
Obecność Marii Magdaleny zamiast postaci św. Jana na obrazie 
"Ostatnia Wieczerza" Leonarda? Myślę, że jeżeli ktoś 
przynajmniej jeden raz, no powiedzmy dwa razy, był w jakiejś 
galerii sztuki europejskiej, to nie będzie miał problemu z 
podobieństwem młodej męskiej twarzy do kobiecej na obrazach 
dawnych włoskich mistrzów. Nie jest to częste, ale zdarza się w 
dostrzegalny sposób . 
Od komentowania absurdu, iż to Maria Magdalena jest Świetym 
Graalem czuję się zwolniony. 
Nieporozumieniem jest twierdzenie, iż stworzenie kobiety z 
żebra mężczyzny w tradycji biblijnej jest potraktowaniem jej 
jako "odprysku mężczyzny" (s. 305). Już pobieżna lektura 
opowiadania z Rdz 2 ukazuje, iż wobec całego świata 
stworzonego to dopiero kobieta ukazuje się mężczyźnie jako 
jemu równa i jako jego partnerka ­ "Ta dopiero jest kością z 
moich kości i ciałem z mojego ciała" (Rdz 2,23). Wcześniej 
wszystkie stworzenia otrzymywały od mężczyzny ogólną nazwę 
"istota żywa" (Rdz 2,19). Nawiązaniem do idei stworzenia z 
żebra mężczyzny jest stwierdzenie padające w tym samym 
kontekście: "Dlatego to mężczyzna opuszcza ojca swego i 
matkę swoją i łączy się ze swą żoną tak ściśle, że stają się 
jednym ciałem" (Rdz 2,24). Idea bycia "czyjąś kością" i 
"czyimś ciałem" oznaczała w tradycji biblijnej pokrewieństwo i 
przynależność do tego samego rodu (zob. Rdz 29,14; Sdz 9,2; 
2Sm 5,1; 19,13). Gdy Biblia mówi o stworzeniu kobiety z kości 
mężczyzny ma więc na myśli ich równość. 
Autor próbuje też ośmieszyć współczesne spojrzenie chrześcijaństwa na płciowość człowieka. 
"Współczesna religia postrzega seks jako coś wstydliwego i uczy, że powinniśmy obawiać się pragnień 
seksualnych, ponieważ są narzędziem szatana" (s. 392­393). Jaka religia? Podejrzewam, że katolicki 
czytelnik dowiaduje się tego dopiero od Browna. Swoje zaś myśli na temat seksualności zawarł autor 
na s. 391n, gdzie mowa o (każdym) stosunku płciowym jako możliwej płaszczyźnie doświadczenia 
Boga a o orgazmie jako o modlitwie. Bez komentarza. 
Zaś jeśliKopciuszek, Śpiąca Królewna oraz Królewna Śnieżka to dla Browna historie mówiące o 
"uciemiężeniu sakralności kobiety" (s. 332), to czy w tym kontekście Miś Uszatek jest dla antropologii 
kulturowej ucieleśnieniem idei maskulinistycznych...?
Leonardo da Vinci, Św. Jan 
Chrzciciel, Luwr 
356151.001.png
Czy to książka sama w sobie? 
Przyglądając się dyskusji, jak przetoczyła się wokół "Kodu", odniosłem wrażenie, że punkt ciężkości 
usiłuje się umieścić w szczegółach, w mijaniu się Browna z oczywistymi faktami lub w ich świadomej 
deformacji. Dla mnie nie to jest jednak najważniejsze. Chodzi bowiem także o ogólną wymowę 
powieści. Jest to pozycja, która dotyka kwestii bardzo istotnej: pytania o prawdę; próbuje odpowiedzieć 
na pytanie, gdzie należy jej szukać a już bardzo wyraźnie mówi, gdzie z pewnością jej nie ma. 
Pod tym względem "Kod" Browna nie jest niczym nowym. Jest kontynuacją wątku, który towarzyszy 
chrześcijaństwu (z przerwami) od samego początku. Chodzi o gnozę. Infiltrowała ona chrześcijaństwo 
już w okresie powstawania Nowego Testamentu. Gnoza mówiła o zbawieniu, które jest dostępne dla 
kręgu tych, którzy posiedli wiedzę dostępną tylko dla wtajemniczonych (poznanie to gr.gnosis). Jest 
ona niedostępna dla zwykłych ludzi będąc przekazywana ukrytymi sposobami. Posiadanie owego 
poznania doprowadzi człowieka do poznania prawdy o całej rzeczywistości a docelowo do 
oswobodzenia ducha z więzów ciała i do zbawienia. Gnoza nie stanowiła nigdy jakiegoś zwartego 
ruchu w ramach chrześcijaństwa lub obok niego. Była bardziej prądem myślowym atrakcyjnym dla 
intelektualnych elit. Na tym też polegało jej niebezpieczeństwo ­trudno było wyznaczyć czytelną 
granicę międzychrześcijanami a gnostykami. Gnoza także powoływała się na Chrystusa. Gnostycy 
mieli swoje pisma, z których wiele również tytułowali ewangeliami. Była to po prostu infiltracja 
środowiska chrześcijańskiego przez określone modne poglądy. Wielu chrześcijan jej ulegało. Coś 
podobnego dzieje się dzisiaj w przypadku New Age. W tym wypadku także nie mamy do czynienia z 
jakąś religią analogiczną do innych istniejących, o jasno zarysowanej strukturze i kryteriach 
przynależności. Jest to przede wszystkim olbrzymi zbiór poglądów, koncepcji, idei itp. Katolik 
czytający "profesjonalny" horoskop czy zapraszający do domu radiestetę jest ofiarą takiej właśnie 
mody pewnych form New Age. Nie będzie natomiast odmawiał sobie miana katolika nie rozumiejąc 
często, iż przekracza granice pogaństwa. 
"Kod Leonarda da Vinci" mieści się w nurcie gnostycznym. Również w książce Browna chodzi o 
jednoznaczne ale specyficzne potraktowanie zagadnienia prawdy o świecie. "Kiedy ciebie już nie 
będzie, ja zostanę jedynym człowiekiem na świecie, który zna prawdę" mówi napastnik do Sauniere'a 
(s. 12). Pozostaje ona ukryta dla przeciętnego człowieka. Całe pokolenia żyły w nieświadmości a i 
dzisiaj "przeciętni" ludzie żyją w niewiedzy. Żeby być świadomym należy szukać w odpowiednich 
miejscach. Wiedza prawdziwa jest przekazywana równolegle do codziennej rzeczywistości. Istnieje 
"nieprzerwany łańcuch wiedzy" (s. 13). Mowa także o "samotnym strażniku jednej z największych 
tajemnic ludzkości" (s. 13). "Kod" rzeczywiście chce mówić o prawdzie, której istnienia większość jest 
nawet nieświadoma. Gnosis... 
Dostanie się np. tego lata (2005 r.) do refektarza klasztoru Santa Maria delle Grazie w Mediolanie, 
gdzie wisiOstatnia Wieczerza Leonarda, było po prostu niemożliwe. Byłem tam w roku 2001 w lipcu ­ 
bez żadnego problemu. Jednak według "Kodu" całe rzesze, jakie przetoczyły się przed dziełem, zanim 
została wydana książka Browna, odeszły od niego w nieświadomości. Dopiero posiadanie klucza 
wiadomego dla niektórych pozwala spojrzeć jakże inaczej na praktycznie cały świat. Gnosis... 
Innym elementem tajemnicy jest ulubiony wątek wielu powieści, jakim jest Watykan. Otoczony 
murami miałby skutecznie skrywać przed nieświadomymi niczego rozkrzyczanymi ludźmi wiele
356151.002.png
Zgłoś jeśli naruszono regulamin