George R.R. Martin - ...za jeden miniony dzień.pdf

(125 KB) Pobierz
(12267 \227 Notatnik)
12267
George R. R. Martin
...za jeden miniony dzień
Keith był naszą kulturą, wszystkim, co z niej zostało. Był naszym poetą
i naszym trubadurem, a jego głos i gitara były naszymi jedynymi więzami z
przeszłością. Był takie podróŜnikiem w czasie, jednak zanim przyszedł
Winters nikomu to specjalnie nie przeszkadzało.
Keith był naszą pamięcią. Był takŜe moim przyjacielem.
Grał dla nas co wieczór po kolacji. TuŜ za zasięgiem wzroku z naszego
wspólnego domu była mała polana i głaz, na którym lubił siadać.
Przychodził o zmierzchu z gitarą i siadał, zwrócony ku zachodowi. Zawsze
ku zachodowi. Miasta były na wschodzie. Daleko, to prawda, lecz Keith nie
lubił patrzeć w tamtą stronę. Nikt z nas nie lubił.
Nie wszyscy przychodzili na wieczorne koncerty, ale zawsze był spory
tłum, mniej więcej trzy czwarte naszej komuny. Zbieraliśmy się w
nieregularnym kole, siedząc na ziemi albo leŜąc w trawie, pojedynczo lub
parami. A Keith, nasze Ŝywe hi fi w dŜinsach i skórze, gładził się po
brodzie, jakby rozbawiony i zaczynał grać.
Był naprawdę dobry. Kiedyś, przed Wybuchem, był na najlepszej drodze do
kariery. Przyszedł do komuny cztery lata temu odpocząć, odnowić kontakty
ze starymi przyjaciółmi i na parę letnich miesięcy uciec od ciągłej
gonitwy muzycznego biznesu. Zamierzał jednak wrócić.
A potem był Wybuch. I Keith został. Nie miał juŜ do czego wracać. Jego
miasta były cmentarzami, pełnymi umarłych i umierających, z nagrobkami ze
stopionych, świecących w nocy wieŜowców. A wszędzie poza nimi były szczury
te prawdziwe i te ludzkie.
W nim te miasta wciąŜ Ŝyły. Wszystkie jego piosenki pochodziły z
dawnych dni, gorzko słodkie melodie, pełne utraconych marzeń i samotności.
Czasem grał to, o co go poproszono, ale przede wszystkim trzymał się
muzyki, którą sam lubił. DuŜo folk, duŜo folk rocka, kilka rzeczy czysto
rockowych i kilka tematów z musicali. Jego szczególnymi faworytami byli
Lightfoot, Kristofferson i Woody Guthrie. A od czasu do czasu grał swoje
własne kompozycje, napisane jeszcze przed Wybuchem. Ale niezbyt często.
Dwie piosenki jednak grał kaŜdego wieczora. Zawsze zaczynał od "They
Called The Wind Maria", a kończył na "Me and Bobby McGee". Niektórzy z nas
byli juŜ zmęczeni tym rytuałem, ale nikt nigdy nie powiedział ani słowa.
Keith chyba uwaŜał, Ŝe te piosenki do nas pasują, a nikomu nie chciało się
z nim spierać.
Do czasu przyjazdu Wintersa, oczywiście. Nastąpiło to w pewien
późnojesienny wieczór w czwartym roku po Wybuchu.
Miał na imię Robert, ale nikt się do niego tak nie zwracał, mimo Ŝe
wszyscy mówiliśmy sobie po imieniu. Gdy się pojawił, zajeŜdŜając dŜipem
wraz z dwoma innymi męŜczyznami, przedstawił się jako porucznik Robert
Winters. Jego armia jednak juŜ nie istniała, a on sam poszukiwał
schronienia i pomocy.
Atmosfera pierwszego spotkania była dość napięta. Pamiętam, Ŝe bardzo
się przestraszyłem, usłyszawszy dŜipa i czekając, wycierałem dłonie o
dŜinsy. Miewaliśmy juŜ gości. Nikt z nich nie był zbyt miły.
Czekałem na nich samotnie. Byłem przywódcą na tyle, na ile w tych
czasach w ogóle ktoś mógł nim być. To znaczy nie za bardzo. Wszystkie
waŜne sprawy rozstrzygaliśmy przez głosowanie i nikt nie wydawał rozkazów.
Tak więc nie byłem prawdziwym szefem, stanowiłem jednak komitet powitalny.
Reszta rozproszyła się i to było najrozsądniejsze. Nasi ostatni goście
Strona 1
12267
znajdowali wielką przyjemność w gwałceniu dziewcząt i strzelaniu do
wszystkiego, co Ŝyło. Nosili czarno złote mundury i mówili o sobie
"Synowie Wybuchu". Wymyślna nazwa dla bandy szczurów. My równieŜ
nazywaliśmy ich synami, ale nie Wybuchu.
Winters jednak był inny. Jego mundur był starym, dobrym mundurem armii
Stanów Zjednoczonych. Co zresztą niczego nie dowodziło, gdyŜ niektóre
regularne oddziały nie były lepsze niŜ bandy szczurów. To właśnie nasza
wspaniała armia w pierwszym roku po Wybuchu przeczesała duŜą część kraju,
paląc miasta i zabijając wszystkich którzy wpadli im w ręce.
Nie sądzę, Ŝeby Winters brał w tym udział, ale nigdy nie zdobyłem się
na odwagę, Ŝeby go o to zapytać. Wyglądał zbyt uczciwie. Był wysoki,
jasnowłosy i prosty jak świeca, mniej więcej w takim wieku, jak reszta z
nas. A dwaj "jego ludzie" byli przestraszonymi chłopcami, młodszymi od
większości członków naszej komuny. Przeszli sporo i chcieli się do nas
przyłączyć. Winters wciąŜ powtarzał, Ŝe chce nam pomóc w odbudowie.
Przyjęliśmy ich oczywiście. Nikogo jeszcze nie odrzuciliśmy, z
wyjątkiem paru szczurów. W pierwszym roku zaopiekowaliśmy się nawet
półtuzinem ludzi z miasta i pielęgnowaliśmy ich, umierających na chorobę
popromienną.
Winters jednak nas zmienił, w sposób, którego nigdy nie
przewidywaliśmy. MoŜe na lepsze. Kto to moŜe wiedzieć? Przywiózł ksiąŜki i
wiele innych rzeczy. TakŜe broń i dwóch ludzi, którzy wiedzieli jak się
nią posługiwać. Wielu facetów komuny przyszło tutaj, Ŝeby uciec od broni i
mundurów, jeszcze przed Wybuchem. Tak więc Pete i Szalony Harry zajęli się
polowaniem i bronili nas przed szczurami, trafiającymi w tę okolicę od
czasu do czasu. Stali się naszą Policją i naszą armią.
A Winters został naszym przywódcą.
Ciągle nie jestem pewien jak to się stało. Ale się stało. Zaczął od
dawania rad, potem juŜ przewodniczył dyskusjom, a skończył na wydawaniu
rozkazów. Nikt specjalnie się nie sprzeciwiał. Od Wybuchu dryfowaliśmy bez
celu, a Winters wskazał nam kierunek. Miał wielkie zamiary. Kiedy ja byłem
rzecznikiem komuny, martwiłem się tylko o to, Ŝebyśmy jakoś dotrwali do
następnego dnia. Winters pragnął odbudowy. Chciał zbudować generator,
chciał szukać tych, którzy przetrwali i zebrać ich razem w rodzaj osady.
Układanie planów było jego pasją. Miał wielkie marzenia, dotyczące dni,
które nadejdą i jego nadzieja przyciągała wszystkich.
Nie chciałbym jednak tworzyć fałszywego obrazu. Winters nie był typem
domorosłego tyrana: powodził nami, tak, ale był równieŜ jednym z nas.
Trochę inny niŜ my, jednak nie aŜ tak bardzo. I z czasem stał się
przyjacielem. Ze swej strony teŜ starał się do nas dopasować. Pozwolił
nawet rosnąć swobodnie włosom i zapuścił brodę.
Tylko Keith niezbyt go lubił.
Przez pierwszy tydzień pobytu u nas Winters nie przychodził na
koncerty, A kiedy przyszedł, stanął poza kręgiem, z rękami wciśniętymi w
kieszenie. Reszta z nas jak zwykle leŜała wokół, niektórzy śpiewali, inni
tylko słuchali. Tego wieczora było trochę chłodno i rozpaliliśmy małe
ognisko.
Winters stał w cieniu chyba przez trzy piosenki. Potem, podczas
krótkiej przerwy, podszedł bliŜej ognia.
Grasz na zamówienie? spytał, uśmiechając się niepewnie.
Wtedy jeszcze nie znałem Wintersa zbyt dobrze. Ale znałem Keitha. I z
lekkim niepokojem czekałem na odpowiedź.
Ale on po prostu brzdąknął leniwie w struny i popatrzył na Wintersa, na
jego mundur i krótkie włosy.
Strona 2
12267
To zaleŜy powiedział w końcu. Nie zamierzam grać "Ballady o
Zielonych Beretach", jeśli o to chodzi.
Twarz Wintersa zmieniła się na moment, ledwie zauwaŜalnie. Zabijałem
ludzi, to, prawda powiedział. Nie znaczy to jednak, Ŝe jestem z tego
dumny. Nie o tę piosenkę chciałem prosić.
Keith rozwaŜył to, spojrzał na swą gitarę. Potem, najwyraźniej
usatysfakcjonowany, skinął głową i uśmiechnął się.
Dobrze powiedział. Co chcesz usłyszeć?
Znasz "Leavin' on a Jet Plane"? spytał Winters.
Uśmiech stał się szerszy.
Tak. John Denver. Zagram to dla ciebie. Smutna piosenka. JuŜ nie ma
odrzutowców, poruczniku. Wiesz o tym? To prawda. Powinieneś trochę
pomyśleć dlaczego.
Znów się uśmiechnął i zaczął grać. Keith, jeśli tego chciał, zawsze ma
ostatnie słowo. Nikt nie mógł się spierać z jego gitarą.
Nieco ponad milę na zachód od domu, za polami, przez wzgórza i
zagajniki płynął mały strumyk. Zwykle w lecie i na jesieni był suchy, ale
i tak było to ładne miejsce. Ciemne i ciche nocami, oddalone od hałasów i
ludzi. Jeśli pogoda sprzyjała, Keith zaciągał tam swój śpiwór i rozkładał
się pod drzewem. Samotnie:
Tam równieŜ odbywał swoje podróŜe w czasie.
Znalazłem go nad tym strumieniem, gdy koncert się juŜ skończył i
wszyscy poszli spać. Siedział, oparty o swoje ulubione drzewo, odganiając
komary i wpatrując się w suche łoŜysko strumienia. Usiadłem obok niego.
Cześć, Gary powiedział nie patrząc na mnie.
Jesteś w dołku? spytałem.
Jestem gapił się w ziemię i powoli obracał w palcach łodyŜkę
suchego liścia. Przyjrzałem się jego twarzy. Usta były zaciśnięte i
pozbawione wyrazu, oczy przysłonięte powiekami.
Znałem Keitha juŜ od dawna. Wiedziałem o nim dostatecznie duŜo, Ŝeby
milczeć. Siedziałem po prostu obok niego, wygodnie, bo na stercie świeŜo
opadłych liści. Po chwili zaczął mówić; jak zawsze.
Tu powinna być woda skinął w stronę strumienia. Gdy byłem
dzieckiem, mieszkałem nad rzeką. Płynęła po drugiej stronie nocy. Och, to
była śmierdząca mała rzeczka w śmierdzącej małej mieścinie, woda była
zatruta jak wszyscy diabli. Jednak to była woda. Czasami, nocą, szedłem do
parku nad rzeką, siadałem na ławce i patrzyłem na nią. Bywało, Ŝe
godzinami. To strasznie denerwowało moją matkę.
Zaśmiał się miękko.
Wiesz, ta rzeka była ładna. Nawet plamy ropy były ładne. I pomagała
mi myśleć. Brak mi tego. Wody. Zawsze mi się lepiej myśli, gdy patrzę na
wodę. Dziwne, co?
Nie takie dziwne powiedziałem.
WciąŜ nie patrzył na mnie. Ciągle wpatrywał się w suchy strumień, w
którym teraz płynęła tylko ciemność. I jego dłonie darły liść na strzępy.
Powoli i metodycznie, darły.
Tego juŜ nie ma powiedział po chwili. To miejsce leŜało za
blisko Nowego Jorku. Jeśli ta woda w ogóle jeszcze tam jest, to pewnie
teraz świeci. Ładniejsza niŜ kiedykolwiek, ale ja nie mogę do niej wrócić.
I tak jest ze wszystkim. Zawsze, gdy sobie coś przypomnę, muszę
jednocześnie pamiętać, Ŝe to juŜ nie istnieje. I Ŝe nie mogę wrócić,
nigdy. Do niczego. Tylko... tylko przy pomocy tego. Skinął ku ziemi
między nami. Potem skończył z liściem i wziął następny.
Sięgnąłem w dół, obok jego nogi. Pudełko po cygarach było tam, gdzie
Strona 3
12267
spodziewałem się je znaleźć. Wziąłem je w obie dłonie i kciukiem
otworzyłem wieczko. Wewnątrz była igła i moŜe tuzin małych torebek z
proszkiem. W świetle gwiazd proszek wyglądał na biały. Oglądany w dzień
był blado, połyskliwie błękitny.
Spojrzałem na torebki i westchnąłem. Niewiele juŜ zostało
powiedziałem. Keith skinął głową, nawet nie zerkając.
Skończy mi się w ciągu miesiąca, jak sądzę. W jego głosie brzmiało
zmęczenie. Potem będę miał tylko moje piosenki i moje wspomnienia.
Teraz teŜ masz tylko to powiedziałem. Zamknąłem pudełko z cichym
trzaskiem i oddałem mu. Chronina to nie maszyna czasu, Keith. To tylko
halucynogen, który przypadkowo działa na pamięć.
Zaśmiał się.
Ciągle nad tym dyskutowali, wtedy, przed Wybuchem. Wszyscy eksperci
tak twierdzili chronina to oddziałujący na pamięć narkotyk. Ale oni
nigdy nie brali chroniny. Ty teŜ nie, Gary. Ja natomiast wiem. Ja
przenosiłem się w czasie. To nie pamięć. To coś więcej. Wracasz, Gary,
naprawdę wracasz. PrzeŜywasz wszystko jeszcze raz, cokolwiek to było. Nie
moŜesz niczego zmienić, ale jednak wiesz, Ŝe to jest prawdziwe.
Odrzucił resztki liścia, podciągnął kolana i oplótł je rękami. PołoŜył
na nich głowę i spojrzał na mnie.
Któregoś dnia powinieneś sam spróbować, Gary. Naprawdę powinieneś.
Musisz tylko wziąć odpowiednią ilość i moŜesz chwycić dzień, który minął.
To nie jest zły interes.
Potrząsnąłem głową.
Dałbyś mi proszek, gdybym chciał to zrobić?
Nie odpowiedział, uśmiechając się, ale nie ruszając głową. To ja
znalazłem chroninę. Jest moja. I jest jej zbyt mało, Ŝeby się dzielić.
Przykro mi, Gary. To nie ma nic wspólnego z tobą. Ale wiesz, jak to jest.
Tak powiedziałem. Wiem, jak to jest. I tak jej nie chcę.
Wiedziałem.
Dziesięć minut gęstej ciszy. Przerwałem ją pytaniem:
Winters cię denerwuje?
Niespecjalnie powiedział. Chyba jest w porządku. To tylko te
mundury, Gary. Gdyby nie te pieprzone sukinsyny w mundurach i gdyby nie
to, co zrobili, mógłbym wrócić. Do mojej rzeki i do śpiewania.
I do Sandi powiedziałem.
Jego usta wykrzywiły się w wymuszonym uśmiechu.
I do Sandi potwierdził. I nie potrzebowałbym chroniny, Ŝeby
przychodzić na randki.
Nie wiedziałem, co mam na to odpowiedzieć. Więc nic nie powiedziałem. W
końcu Keith, jakby zmęczony, przesunął się trochę do przodu i połoŜył pod
drzewem. Noc była bezchmurna. Przez gałęzie moŜna było widzieć gwiazdy.
Czasami, gdy jestem tutaj, zapominam powiedział cicho, bardziej do
siebie niŜ do mnie. Niebo wciąŜ wygląda tak samo jak przed Wybuchem. A
gwiazdy i tak o niczym nie wiedzą. JeŜeli nie patrzę na wschód, niemal
mogę udawać, Ŝe nic się nie zdarzyło.
Keith potrząsnąłem głową to tylko gra. To się zdarzyło. Nie
moŜesz o tym zapomnieć. Wiesz, Ŝe nie moŜesz. I nie moŜesz wrócić. O tym
takŜe wiesz.
Ty mnie nie słuchasz, Gary. Ja wracam. Naprawdę.
Wracasz do świata snów, Keith. A ten świat jest juŜ martwy. I nie
moŜesz go wskrzesić. Prędzej czy później będziesz musiał zacząć Ŝyć
rzeczywistością.
Keith ciągle patrzył w niebo, ale uśmiechnął się lekko, gdy mówiłem.
Strona 4
12267
Nie, Gary. Ty nie rozumiesz. Przeszłość jest równie realna jak
teraźniejszość. A jeśli teraźniejszość jest pusta i wyblakła, a przyszłość
tym bardziej, to jedyną rozsądną rzeczą jest Ŝyć w przeszłości. Zacząłem
coś mówić, ale udał, Ŝe nie słyszy.
W mieście, gdy byłem dzieckiem, nigdy nie widziałem tylu gwiazd naraz
powiedział, jego głos był odległy. Pamiętam, Ŝe gdy pojechałem
pierwszy raz na wieś, byłem wręcz zaszokowany tymi dodatkowymi gwiazdami,
które wetknięto w moje niebo. Zaśmiał się miękko. Wiesz kiedy to było?
Sześć lat temu, zaraz po tym, jak skończyłem szkołę. TakŜe ostatniej nocy.
Wybierz sobie. Była ze mną Sandi, za kaŜdym razem.
Umilkł. Patrzyłem na niego przez chwilę, potem wstałem i otrzepałem
się. To nigdy nic nie dawało. Nie potrafiłem go przekonać. A
najsmutniejsze w tym wszystkim było to, Ŝe nie potrafiłem przekonać nawet
samego siebie. MoŜe miał rację. MoŜe, dla niego, to właśnie była
odpowiedź.
Byłeś kiedyś w górach? spytał niespodziewanie. Spojrzał na mnie,
ale nie czekał na odpowiedź. Była taka noc, Gary w Pensylwanii, w
górach. Miałem taki stary, zdezelowany wóz kempingowy i jeździliśmy,
włócząc go po całym kraju.
Wtedy, zupełnie znienacka, naszła na nas ta mgła. Gęsta, szara,
kłębiąca się, jakby pełna tajemnic i duchów. Sandi uwielbiała tego typu
rzeczy, i ja teŜ je lubiłem, trochę. Ale jechać w mgle było piekielnie
cięŜko. Więc skręciłem z drogi, wzięliśmy koce i odeszliśmy parę metrów
dalej.
Ciągle było dość wcześnie. Więc po prostu leŜeliśmy na kocach,
przytuleni do siebie i rozmawialiśmy. O nas, o moich piosenkach, i o tej
mgle, o naszej podróŜy i o jej aktorstwie, o wszystkim. Całowaliśmy się i
śmialiśmy, ale nie pamiętam co w tej naszej rozmowie było takiego
śmiesznego. W końcu, chyba po godzinie, nawzajem się rozebraliśmy i
zaczęliśmy się kochać na tych kocach, powoli, bez pośpiechu, w środku
gęstej, tłumiącej wszystko mgły.
Keith podniósł się na łokciu i popatrzył na mnie. W jego głosie ból,
zagubienie, tęsknota. I samotność.
Była piękna, Gary. Naprawdę była. Nigdy jednak nie lubiła, gdy jej
to mówiłem. Myślę, Ŝe po prostu w to nie wierzyła. Wolała, Ŝebym mówił, Ŝe
jest ładna. Ale była bardziej niŜ ładna. Była piękna. Ciepła i łagodna, i
złota, z rudoblond włosami i tymi upartymi zielonymi oczyma, które były
albo zielone, albo szare, zaleŜnie od jej nastroju. Tej nocy chyba były
szare. Dopasowały się do mgły. Uśmiechnął się, znów się połoŜył i spojrzał
w gwiazdy.
Najśmieszniejsza była ta mgła powiedział. Bardzo powoli. Kiedy
skończyliśmy się kochać i połoŜyliśmy się obok siebie, mgły juŜ nie było.
I niebo było pełne gwiazd, jasnych jak dzisiaj. Gwiazdy wyszły przez nas.
Głupie, zboczone gwiazdy wyszły, Ŝeby podglądać jak to robimy.
Powiedziałem jej o tym, i śmieliśmy się, i tuliłem ją, taką ciepłą, do
siebie. A potem ona usnęła w moich ramionach, podczas gdy ja leŜałem i
patrzyłem w gwiazdy, i próbowałem napisać dla niej piosenkę.
Keith... zacząłem.
Gary powiedział ja tam dzisiaj wracam. Do mgły i gwiazd i do
mojej Sandi.
Do diabła, Keith powiedziałem. Skończ z tym. Zaczynasz łapać
nawyk.
Keith usiadł i zaczął podwijać rękaw.
A przyszło ci kiedyś do głowy powiedział Ŝe być moŜe to wcale nie
Strona 5
Zgłoś jeśli naruszono regulamin