A w sprawie Rity.docx

(204 KB) Pobierz

 

A w sprawie Rity...

 


PROLOG

 

Przecież nie zaciągniemy jej do ołtarza siłą. – Al stał za kontuarem w swoim barze i przyglądał się uważnie pozostałym piętnastu członkom specjalnego tajnego komitetu.

Jeśli nie odpowiadają jej ci faceci, których jej podsuwamy, to nie powie „tak” nawet trzymana na muszce. Trudno zresztą mieć o to pretensje. – Eva May westchnęła głęboko i skrzyżowała ramiona na piersiach.

Podobno ostatnia noc to była istna katastrofa. Wyrzuciła gościa za drzwi z takim hukiem, że dom się trząsł w posadachpowiedział Fred.

Pewnie się do niej dobierałwtrąciła się jego żona.

Nikt przy zdrowych zmysłach nie próbowałby tego z Ritą.

Zapadła absolutna cisza. W powietrzu wisiały nie wypowiedziane słowa: ktoś to jednak zrobił. Wszyscy nerwowo kręcili się na stołkach.

Miejscowy fryzjer Norm odchrząknął głośno.

Szkoda gadać. Jak na razie, efekty naszej działalności są mizerne. Przecież... – zaczął coraz bardziej podnosić głos.

Wokoło rozległy się uciszające syknięcia. Komitet działał w konspiracji. Jednak za każdym razem w którymś momencie spotkania zgromadzeni zaczynali tak hałasować, że całe miasteczko dowiadywało się o ich obradach.

To może wybieramy nieodpowiednich facetówpowiedział Al dudniącym głosem, dochodzącym z głębin jego zwalistego ciała.

Spróbowaliśmy ze wszystkimi, którzy się nadawali.

Nawet z siostrzeńcem Jake’a.

Początkowo był zainteresowany. Dopóki nie poznał szczegółówmruknął Jake. – Zaproponowałbym swoją kandydaturę, ale Rita na pewno nie zechce takiego starca.

Jake, nie opowiadaj bzdur. Dobrze wiesz, że forsowniejszy spacer mógłby cię przyprawić o zawał.

Starszy mężczyzna potarł dłonią łysinę i uśmiechnął się przekornie.

Myślę, że byłbym w stanie wytrzymać trochę więcej. A w każdym razie nie pozwoliłbym sobie na przeprowadzkę do szpitala przed nocą poślubną.

Eva May opuściła rękę na jego chude ramię z taką siłą, że niemal zrzuciła go z krzesełka. Nieopanowany wybuch śmiechu nieco rozluźnił duszną atmosferę spotkania. Wydawało się, jakby ktoś nagle zapalił wszystkie światła i odsłonił okna, za którymi rozbłysło mocne, południowe słońce.

Nawet sam Jake nie wytrzymał i zaczął chichotać. Jego łysa głowa rozbłysła mocną czerwienią.

Również Al czuł, jak jego brzuch i ramiona zaczynają gwałtownie podrygiwać. Odczekał chwilę, aż wszyscy się uspokoją, obetrą łzy i wyrównają oddech. Kiedy w końcu spojrzenia skupiły się na nim, postanowił wrócić do tematu.

Najsłodsza, najdelikatniejsza dziewczyna, jaką znamy, ma mały problemzaczął. – Wychowaliśmy ją wspólnie i wspólnie ponosimy za nią odpowiedzialność. Potrzebuje naszej pomocy, nawet jeśli twierdzi, że jest inaczej. Proponuję, żebyśmy się tu spotykali co poniedziałek, aż znajdziemy jakieś rozwiązanie sprawy Rity.

Wokoło rozległy się ciche jęki, ale Al wiedział dobrze, że to odruch obronny, a nie prawdziwy protest. Jeśli byłoby to konieczne, mieszkańcy Hooperville zjawialiby się na spotkaniu nawet codziennie.

Myślę... Wydaje mi się... Przyszło mi do głowy... – zaczęła wdowa Flo. – No więc, Betty z Northside Bank powiedziała mi, że ktoś chyba kupił sklep Harveya.

Idiota albo samobójca! Kto przy zdrowych zmysłach kupiłby coś takiego, szczególnie po tym, jak ci z nowego centrum handlowego wygryźli Harveya!krzyknął ktoś z głębi sali.

Betty mówi, że to jakiś facet z Cincinnati...

Jeszcze lepiejmiastowy wariatuńcio!przerwał jej znowu ktoś inny.

Zamierza otworzyć firmę hydrauliczną. I zakładać ogrzewaniedodała Flo.

W pomieszczeniu zaszumiało. Al nawet nie próbował zaprowadzić porządku. Sam miał mętlik w głowie. Pomyślał o tym hydrauliku. Zdecydowanie nie był to jeden z tych zawodów, jakiego życzyliby sobie dla wybrańca Rity. Chociaż z drugiej stronydość już miała kłopotów z intelektualistami.

Świeża krew, właśnie tego teraz potrzebują. Może będą mieli dość szczęścia i facet okaże się wolny, miły i w miarę przystojny. Teraz trzeba go tylko zainteresować sprawą, trzymać przez jakiś czas z daleka, zastawić pułapkę i czekać na wynik.


ROZDZIAŁ PIERWSZY

 

Jak zwykle w sobotę rano w barze Ala było tłoczno. Przeważali przyjezdni z miasta, którym udało się wyrwać z codziennego kieratu na weekend. Przychodzili tu, by zjeść naleśniki i trochę poplotkować.

Zwykle ten widok bardzo cieszył Ritę Lynn. Udzielała się jej atmosfera bezpośredniości i ciepła. Ale nie dzisiaj. Ostatniej nocy spała tylko trzy godziny, a w dodatku męczyły ją koszmary. Czuła się tak, jakby talerze i sztućce szczękały w samym środku jej głowy. Sprawę pogarszało jeszcze pogwizdywanie Ala. Wydawało się jej, że to fabryczna syrena wzywająca robotników do pracy. Do tego dochodziły odgłosy wydawane przez jedzących. Mogłaby przysiąc, że słyszy, jak poruszają się ich szczęki. Kuchenne zapachy i gorąco otulały ją jak gruby, zatęchły koc. Kręciło się jej w głowie. Miała mdłości.

Nawet perspektywa dużych, sobotnich napiwków nie była w stanie poprawić jej humoru. Dzisiaj oddałaby wiele, by znaleźć się jak najdalej stąd. Na przykład na Marsie.

Zacisnęła mocno powieki i policzyła do dziesięciu. Na kilka sekund znalazła się w jakimś innym, spokojnym miejscu. Ale kiedy otworzyła oczy, wszystkie dźwięki i zapachy knajpki zaatakowały ją ze zdwojoną siłą.

Choleramruknęła pod nosem. Nigdzie się dzisiaj stąd nie ruszy. Żaden Mars nie wchodzi w grę. Jedyna podróż, jąkają czeka już za chwilę, to podróż do stolika numer cztery. Przerzuciła kartkę w bloczku z zamówieniami, pośliniła ołówek i ruszyła w stronę oczekujących gości.

O wpół do ósmej salę rozświetlało już mocne lipcowe słońce. Rita przysłoniła oczy i uśmiechnęła się do wuja Freda i ciotki Lottie rozpartych naprzeciwko siebie na czerwonych kanapach obitych skajem.

Co słychać, Rito?zapytał Fred, nie odrywając wzroku od karty dań. Jego głos ledwie przebijał się przez panujący w sali szum.

Ale masz rumieńcepowiedziała Lottie. Ważyła jakieś trzydzieści kilo więcej niż jej mąż. Ona również wnikliwie studiowała menu, na moment jednak podniosła oczy na Ritę, a raczej na jej brzuch.

Rita poczuła, jak z jej twarzy znika uśmiech. Rumieńce? Była blada, miała podkrążone oczy, tłuste włosy wisiały w strąkach dookoła jej twarzy. Czuła się jak z krzyża zdjęta. Różne rzeczy mogła teraz o sobie powiedzieć, ale nie to, że jest rumiana.

Wiedziała jednak dobrze, że nie w tym rzecz. Ciotce Lottie chodziło o to, by skierować rozmowę w stronę właściwego tematu. Musiała przygotować się na to, od czego nie było ucieczkina wszystkie te pytania. Pytania, które wynikały z troskliwości. Pytania zadawane wprost, bez owijania w bawełnę. Pytania, na które odpowiedzi nie miała w swojej karcie dań.

Rita wygładziła fartuch. Zastanawiała się, ile czasu minie, zanim ten kawałek wy krochmalonej, bawełnianej tkaniny uniesie się na jej brzuchu? Jeszcze trzy miesiące? Będzie wtedy w piątym. Do tego czasu zdoła chyba udowodnić całemu miasteczku, że nie potrzebuje pomocy i poradzi sobie sama. Może mieszkańcy Hooperville przestaną ją wreszcie swatać na prawo i lewo. Dadzą spokój i zostawią samą z tym, co nazywają małym problemem.

Co porabiałaś dziś w nocy?zapytał Fred.

Po co pytasz, skoro doskonale wiesz, że spędziłam czas, wysłuchując opowieści czwartego kuzyna Marthy Green ze strony ojca o różnych rodzajach farb i emulsji oraz długości czasów ich schnięcia. Przez niego nie obejrzałam mojego ulubionego serialu telewizyjnego. A kiedy w końcu udało mi się go pozbyć, czułam się tak zmęczona, że padłam na nos i nie byłam w stanie nawet czytać.

Odgarnęła grzywkę z czoła i znacząco pokiwała ołówkiem.

A teraz może byście powiedzieli, co chcecie na śniadanie?

Starała się mówić spokojnym tonem. To byli przecież ludzie, którzy wzięli ją do siebie, kiedy miała kilkanaście lat. Nie zasłużyli sobie na złe traktowanie. Oni i pozostali mieszkańcy Hooperville...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin