Virginia W. najmłodsza latorol dosyć potężnego, aczkolwiek ubogiego klanu Weasleyów i ostatni jej członek w elitarnej szkole Magii i Czarodziejstwa Hogwart, kompletnie olewała to co mówił jej nauczyciel. Od poczštku roku szkolnego przychodziła na lekcje Eliksirów z nastawieniem bardzo olewatorskim. Miała gdzie to, że jej dom traci przez to punkty to była wendetta. Ona nie cierpiała najnowszego nabytku grona pedagogicznego a ten, że nabytek szczerze jej nie znosił.
Kolejna, już padziernikowa lekcja Eliksirów zaawansowanych mijała Virgini dokładnie tak samo.
To znaczy: niska, ruda i całkiem ładna acz o wrednym wyrazie buzi dzieweczka cišgle dogadywała młodemu, przystojnemu nauczycielowi, przedrzeniała go a gdy to jej się nudziło, strzelała w kolegów ze Slytherinu papierowymi kulkami umieszczonymi w długiej plastikowej rurce, które po prostu wydmuchiwała a cela miała nieziemskiego.
Te zajęcia skończyły się jak większoć zajęć z Eliksirów - wieczornym szlabanem i wizytš u Dyrektora, nie liczšc straty rekordowej iloci, nawet jak na dziecię Weasley'ów, trzydziestu punktów.
A to wszystko, dlatego, że miejsce nieodżałowanego profesora Severusa S., który włanie w tym roku objšł katedrę nauczyciela Obrony Przed Czarnš Magiš, zajšł Draco - Wypłosz - Mój Ojciec Jest W Zarzšdzie - I Mam Was Wszystkich - Gdzie - Malfoy. I niby ona miała okazywać komu takiemu szacunek, komu, z kim razem z bratem i przyjaciółmi walczyła w imię wyższych idei i wartoci. Niedoczekanie.
Ostentacyjnie wydała ustami odgłos pierdnięcia i wyszła na "wizytę, u Dumbla".
Dyrektor, co tydzień informował jš o nowym hale, bo co najmniej raz w tygodniu się u niego pojawiała. To już był rytuał.
Przez pół godziny wysłuchiwała dobrych rad, które oczywicie wlatywały jednym a wlatywały drugim uchem. Szczerze powiedziawszy to Dyrektora bardzo bawiły te wizyty i jako za bardzo nie przeszkadzało mu to, że dziewczyna nie okazuje szacunku swojemu profesorowi.
Tego ciepłego pištkowego popołudnia Ginny zaraz po wyjciu z dyrektorskiego gabinetu udała się do sowiarni z zamiarem wysłania listu do ulubionych braci, którzy zaopatrywali jš w akcesoria niezbędne każdemu uczniowi.
Pogwizdujšc wesoło podskakiwała sobie, co jaki czas, zmierzajšc korytarzami Hogwartu do celu. Miała minę łobuza, który ma zamiar wywinšć numer stulecia. Cóż, Ginny w istocie była łobuzem planujšcym Dywersję Wobec Malfoya.
Gdy tylko znalazła się na miejscu swoim starym zwyczajem usiadła przy jednym ze stolików i jeszcze raz zaczęła czytać list do braci. Tym razem na głos.
Musiała im serdecznie podziękować, za przysłanie jej niezmywalnej, odpornej na wszystkie czary farby do włosów Kolorowa Czarownica, którš przesłali jej dwa tygodnie temu. Dzięki niej zmalowała jeden z najlepszych kawałów.
Kto, oczywicie nie ona, podrzucił do kawy Malfoya mugolskie proszki nasenne i kiedy biedak zasnšł sobie w najlepsze jego długie, sięgajšce do połowy pleców włosy został pomalowane na zjadliwš zieleń. I tak Draco mógł się pochwalić dwukolorowš fryzurkš... Do łopatek był to naturalny kolor a resztę zajmowała liczna zieleń. Profesorowi nie pozostawało nic innego jak skrócenie włosów i obietnica, że zabije tego, kto go tak urzšdził...
- Ale ten dureń nigdy nie znajdzie dowodów - Ginny mruknęła wesoło i zaczęła gwizdać na sowę.
Podleciał puchacz, nazwany przez Virginię Plum - Plum, którego dostała, gdy zakończyła z zadziwiajšco dobrymi wynikami szósty rok nauki. Nie wiadomo, dlaczego akurat tak go nazwała, ale znajšc zapędy małej Weasley'ówny do nadawania zwierzętom dziwacznych imion (patrz "wistowinka"), Plum - Plum nie wydaje się już być takie dziwaczne. Puchacz był ciemnobršzowy, miał okršgłe złote lepka i uwielbiał Ginny.
Już miała przywišzać list do jego nogi, gdy kto bezczelnie wyrwał jej zrolowany pergamin. Ginny odwróciła się natychmiast z zamiarem ochrzanienia głupiego kawalarza i słowa zamarły jej na ustach. Za niš stał jej "ukochany" belfer sam Draco Malfoy i z zainteresowaniem odwijał jej list.
Pan Draco Malfoy, niezmordowanie nazywany przez Weasleyównę "wypłoszem", bynajmniej jak wypłosz nie wyglšdał od jakiego roku. Był przystojnym, wysokim mężczyznš o wyrazistych rysach twarzy i gęstych, bardzo jasnym włosach wpadajšcych w złoty odcień. Gin przy swoim wzrocie 154 centymetrów musiała zadzierać głowę by spojrzeć w jego duże szaro - niebieskie oczy, za którymi szalało dwie trzecie uczennic Hogwartu. Teraz Virginia głowy nie zadarła, była zbyt wystraszona. Wbiła wzrok w ziemię i modliła się o cud, to znaczy o to, żeby ten palant stracił wzrok, zanim przeczyta list. Biedna nie miała pojęcia, że profesor jš obserwował i słyszał dokładnie każde słowo zawarte w licie. Nie miała pojęcia, ale wkrótce się o tym dowiedziała.
- Powiedz mi Weasley - usłyszała dziewczyna gdzie trzydzieci centymetrów nad sobš zimny, pozbawiony emocji głos jaki kretyn, czyta na głos swoje listy.. chociażby w sowiarni, co?
Z twarzy Virginii odpłynęła cała krew a ona sama poczuła się jakby miała zemdleć.
- Dzisiejszy wieczorny szlaban odwołuję na rzecz innej kary, Weasley... może to nauczy cię pokory i szacunku do nauczyciela, bo gdyby nie zauważyła, jestem twoim belfrem, mała, wredna, arogancka wiewióro. Rozumiesz to, czy nie?
- Rozumiem, sir - dziewczynie przeszła ochota do żartów. - Co to za kara? - Spytała ze strachem wbijajšc wzrok w ziemię.
- Weasley, a od, kiedy to ty jeste taka ciekawa moich kar... przecież wszystkie sobie olewasz.
Draco spojrzał się na swoje utrapienie z wyranš ironia i kiedy zobaczył na dnie jej oczu delikatne ziarenka strachu bardzo go to zadowoliło. Usiadł sobie wygodnie na stole i przyglšdał się pobladłej dziewczynie, w tym momencie nie była już taka odważna, oj niebyła.
- Przypomnij mi, co mówił dyr po tym... wyskoku...
- Ja nie pamiętam - wyszeptała cicho zastanawiajšc się jak by tu zwiać i jednoczenie odzyskać list, w końcu bez dowodów nic jej nie zrobi.
- Kurde, za to ja pamiętam doskonale. Winny tego czynu zostanie wydalony ze szkoły... I co ty na to Weasley? Ciekawe jak twoja mamusia by zareagował gdyby jej dziecinę wyrzucili ze szkoły...
- Nie zrobisz tego! - Dziewczyna próbowała rzucić się na Dracona i odebrać swój list, wystarczyło jednak by ten podniósł rękę do góry i już było to nie możliwe.
- Spokój wiewióra, bo naprawdę pójdę z tym do dyra. A teraz słuchaj i to tak, żeby dotarło do twojego pustego móżdżku. Po pierwsze od dzi mówisz do mnie panie profesorze ewentualnie sir. Jasne?
- Tak sir.
- Po drugie nie przeszkadzasz na lekcjach, nie spóniasz się i przestajesz być bezczelna. Jasne
- Po trzecie... jutro o siódmej rano przychodzisz na szlaban do lochów, do mojego gabinetu a spónij się chociaż minutkę, to oddaje ten list Dambledore'owi.
- Ale ja jutro o siódmej mam trening...
- A ja mam to gdzie. Zrozumiała Weasley?
- Tak... sir.
Draco powoli podniósł swoje szanowne cztery litery i ruszył w stronę wyjcia nie przejmujšc się pobladłš dziewczynš.
- A co ja będę jutro robiła... sir? - wykrzyknęła jeszcze Ginny zanim wyszedł z sowiarni.
- Jeszcze nie wiem... może przefarbuje ci włosy... na różowo.
Virginia pomylała, że taka kara nie byłaby jeszcze zbyt straszna i nawet miała nadzieję, że włanie tak to będzie wyglšdało. Jej przeczucie mówiło, ze Draco Malfoy może być bardzo wredny, jeżeli zechce, co oczywicie było prawdš. Dziewczyna mężnie popatrzyła w oczy swojemu "oprawcy" i powiedziała przełykajšc dumę:
- Będę jutro, punktualnie o siódmej w twoim... pana gabinecie - poprawiła się szybko widzšc minę nauczyciela pod tytułem "Weasley, co ja przed chwilš mówiłem?"- ... sir - dodała jeszcze na koniec, co wywołało umiech aprobaty na ustach Dracona.
- Jak do tej pory Weasley za bardzo ci pobłażałem, doskonale o tym wiesz. - Draco mówił bardzo cicho i spokojnie - Miałem tysišc razy ochotę sprać ci tyłek przy całej klasie zaawansowanych... To niedorzeczne, żeby wyzywać profesora, chyba o tym wiesz i w tej sytuacji Dumbledore nie miałby nic przeciwko paru klapsom... Powstrzymywałem się jednak, bo jeste dziewczynš i to drobnej budowy, ale wcale nie wykluczam, że jutro ci wleję... A teraz spadaj do siebie, pókim dobry i nie zalała mnie krew. Już cię nie ma, Weasley!
* * *
Virginia na miękkich nogach udała się do swojego domu. Miała wszystkiego dosyć, a już w szczególnoci własnej głupoty. Gdy tylko przekroczyła próg pokoju wspólnego zewszšd przywitały jš głone oklaski. Wszyscy byli dumni z jej zachowania w stosunku do Malfoya i nikt nie przejmował się zbytnio utratš punktów. Oklaski jednak szybko się urwały, gdy zobaczyli, że mina ich Guru nie wskazuje na nic dobrego. Za nim jednak zdšżyli się o co zapytać dziewczyna odezwała się pierwsza.
- Przełożył mi szlaban... jutro o siódmej rano... nie będzie mnie na treningu...
- Co takiego?! - Collin Creavey spojrzał się na swojš koleżankę tak jakby chciał jš zabić na miejscu. - To niby jak mamy przeprowadzić trening bez szukajšcego i kapitana w jednym? Nie mogła czego zrobić, nie wiem poprosić go, czy co?
Virginia spojrzał się na kolegę z politowaniem i nic nie powiedziawszy ruszyła do sypialni, musiała się wczeniej położyć jeli miała wstać i zdšżyć na szlaban. Dla panny W. godzina siódma rano kojarzyła się z jednym - rodkiem nocy i nie rozumiała jak kto normalny może prawidłowo funkcjonować o tej porze.
Poszła, czym prędzej pod szybki prysznic i raz, dwa, trzy była w łóżku. Miłym, ciepłym i przytulnym łóżeczku, które musiała opucić najpóniej o szóstej trzydzieci, jeżeli chciała zdšżyć na szlaban. Virginia westchnęła z żalem. Nie miała pojęcia, że kara, która jš czeka miała być najdłuższš i najbardziej ekscytujšcš karš w jej szesnastoletnim życiu.
Ciepło miękkiej i przyjemnie pachnšcej pocieli było tym, co tygryski lubiš najbardziej i z czego na pewno nie chcš wychodzić. Tego zdania była przynajmniej panna Virginia, która uważała sen za jednš z najlepszych rozrywek życiowych, oczywicie zaraz po psoceniu. Niestety co jej ten sen psuło, jakie natarczywe bzyczenie, które niczym nie dawało się uciszyć. Z wielkš niechęciš otworzyła jedno czekoladowe lepko i spojrzała w stronę skšd dochodziły tajemnicze odgłosy. Jej wzrok zatrzymał się na tarczy budzika i dziewczyna przez chwile wpatrywała się w wskazówki, które wskazywały godzinę szóstš czterdzieci pięć.
- O rzesz kur*wa! - wyrwało się filigranowemu dziewczęciu i szybko zatkała sobie buzię rękš, żeby nie pobudzić współlokatorek.
Jak strzała pobiegła pod prysznic, który trwał równo minutę. Gdy wróciła w biegu założyła nowy, seksowny komplet bielizny w kolorze białym i narzuciła na to szatę, wiedzšc, że nie ma czasu na nic więcej. Klnšc pod nosem wytupała z prędkociš wiatła z dormitorium.
Jej bieg przez schody i korytarze był istnš rewolucjš. Mknęła jak szalona, tak, że nawet Irytek wolał jej nie zaczepiać. On już wiedział, co to znaczy podpać Weasleyom, a poza tym ze względu na jej starszych braci, którzy byli jego ulubieńcami wolał jej nie dokuczać.
Wreszcie zmęczona, spocona i mocno zarumieniona dotarła do drzwi profesorskiego gabinetu i zapukała w nie w momencie, gdy zegar po raz ostatni wybijał godzinę siódmš.
- Wejć! - usłyszała wcale nie zaspany, lecz bardzo trzewy głos nauczyciela.
- No, Weasley powitał jš od progu - trzeba ci przyznać, że masz niezłe wyczucie czasu.
- Dzień... dobry... sir - wysapała dziewczyna i spojrzała w kierunku swojego nowego profesora od Eliksirów.
Spojrzała i mowę jej odjęło.
Jej profesor w tym momencie nie wyglšdał bynajmniej, tak jak według niej powinien wyglšdać członek kadry nauczycielskiej. Malfoy miał na sobie jedynie stare, obcisłe i postrzępione na kolanach dżinsy, mokasyny z wężowej skóry i złoty łańcuszek z medalikiem smoka. Jego włosy i tors były jeszcze przyozdobione kropelkami wody i... niczym więcej.
Siedział na ogromnym, mahoniowym biurku i bawił się znanym Ci już doskonale, Drogi Czytelniku nieszczęsnym listem winowajczyni.
- Widzę, że chociaż raz potraktowała moje słowa poważnie, Weasley. Mam nadzieję, że nie ostatni - jego brew podjechała sugestywnie w górę.
- Nie panie profesorze - odpowiedziała zasapana dziewczyna jednoczenie knujšc plan rychłej zemsty.
- Weasley, czyżby od zbyt częstych kontaktów z Potterem zidiociała już zupełnie, nie wiesz, że odpowiada się pełnym zdaniem?
- Odwal się od Harryego, Malfoy! - ognisty temperament czerwonowłosej dał o sobie znać i zanim pomylała zaczęła się odzywać.
Kiedy już powiedziała to co powiedziała zbladła i złapała się dłoniš za otwartš z przerażenia buzię, klnšc w duchu swój niewyparzony język.
- No, widzę, że ozorek masz ostry... ciekawe po którym z rodziców, bo chyba nie po ojcu? Mylę, że będę musiał ci go trochę... stępić, Weasley.
- Więc, co takiego mówiła? głos Dracona był cichy, chłodny i pełen obojętnoci, w przeciwieństwie do jego oczu, w których gocił błysk rozbawienia, co Virginię jedynie bardziej przestraszyło.
- Mówiłam, ze od dzi będę traktowała pana słowa, panie profesorze bardzo poważnie.
- Tego to ty akurat nie mówiła Weasley, dla mnie to brzmiało raczej jak Odwal się od Pottera czyż nie tak?
- Tak panie profesorze - Ginny nie była już blada, ona była szara na twarzy.
- Tak, co, panie profesorze? - Draco Malfoy bawił się w najlepsze. - Mówiłem ci już co na temat pełnych zdań, czyż nie tak Weasley?
- Tak, panie profesorze, mówił mi pan by odpowiadać pełnymi zdaniami - Ginny spojrzała z nadziejš na Malfoya, mylšc, że to wystarczy, ale widzšc jego minę kontynuowała. Tak, powiedziałam odwal się od Harryego, Malfoy.
- No widzisz Weasley... i chyba będę ci musiała dać następny szlaban, tym razem za przeklinanie... wiewióro.
- Ja bardzo przepraszam panie profesorze - zaczęła Virginia dobierajšc uważnie słowa - ale mnie poniosło, bo lubię Harry'ego a ty... pan znaczy się był tak długo jednym z uczniów i trudno mi się przyzwyczaić. - Ginny głono przełknęła linę.
- Pokornie proszę o wybaczenie sir. - dodała jeszcze nasz mała bohaterka.
"Prędzej przelecę sklštkę tylnowybuchowš niż jeszcze raz powiem pokornie przepraszam, czy co w tym stylu" - pomylała od razu Virginia.
Draco przez chwile przyglšdał się dziewczynie, wreszcie wybuchnšł szczerym i głonym miechem. Ginny spojrzała się na niego zdziwiona, nie wiedziała, o co mu znowu chodzi, ale wolała uważać, w końcu z wariatem nigdy nic nie wiadomo.
- Ranny Weasley, że ty się tymi słowami nie udusiła - powiedział "wariat" zwijajšc się ze miechu.
- Sama się sobie dziwię - mruknęła cicho dziewczyna, ale zaraz potem przybrała poważnš minę i tylko patrzyła jak jej profesor siada na biurku i obrzuca jš uważnym, taksujšcym spojrzeniem.
Rudowłosa trochę się speszyła jago bezczelnym postępowaniem i spuciła wzrok
- Weasley - powiedział po chwili Malfoy - czy tobie tu nie jest za goršco w tej szacie?
Pytanie wbrew pozorom było jak najbardziej na miejscu, bo szaty były ciepłe, a w gabinecie nauczyciela dzięki buzujšcemu kominkowi także było ciepło, nawet bardzo ciepło, więc dziewczyna zaczynała się już lekko pocić.
- Nie, sir, skšdże znowu - skłamała rumienišc się lekko na myl o tym, co ma pod szatš.
"Będę musiała wytrzymać w tym upale" - jęknęła w duchu.
- A mi się jednak wydaje, ze jest ci trochę duszno. cišgaj to z siebie, bo zanim skończymy to ty będziesz całkiem mokra.
- Nie dziękuje panie profesorze - jej głos był twardy, za nic w wiecie nie cišgnęłaby swej szaty.
Bielizna, którš dostała od braci nie była w typie by pokazywać jš nauczycielom, nawet tak młodym nauczycielom. Jej skšpy stanik i stringi w całoci składały się z koronki, bardzo przewitujšcej, skromnej koroneczek.
- A tak przy okazji to, co będziemy robić panie profesorze?
- Dowiesz się Weasley, dowiesz się na pewno - odpowiedział Dracze obiecujšc sobie w mylach, że w cišgu następnych piętnastu minut cišgnie z niej nie tylko tš szatkę.
- cišgaj to grube szacisko- spokojnie powiedział obecny mistrz eliksirów Hogwartu - bo się spocisz i przeziębienie gotowe. A chyba nie chciałaby opuszczać cennych zajęć z Eliksirów, wiewióreczko.
Virginii stanęła przed oczami czerwona mgła złoci. Miała go ochotę zamordować z tš "wiewóreczkę".
Zemsta będzie słodka - pomylała. Umiechnęła się jednak grzecznie i powiedziała potulnym głosem.
- Mi naprawdę nie jest za goršco w tej szacie, sir. Pozwoli pan, że w niej zostanę.
- Ale ja mówię, że jest ci w niej za goršco i masz jš grzecznie zdjšć, chyba, że wolisz abym ja to zrobił. - zirytował się Malfoy.
" Powiedzieć, nie powiedzieć..." pomylała gryfonka żałonie.
"Zdać się na laskę, czy upokorzyć się do końca?"
Virginia nie wiedziała, co robić. Jak powie prawdę to on jej nie uwierzy, a nawet jeli uwierzy to będzie chciał dowodu i tak będzie musiała zdjšć szatę...
"A niech to jasna cholera i co ja mam teraz zrobić?!" - mylała goršczkowo, jednoczenie bawišc się guziczkami szaty.
- Co ty robisz, Weasley? Do striptizu się przygotowujesz? - zapytał zdziwiony jej minš i dziwnym zachowaniem nauczyciel. - Miała tylko zdjšć tš cholernš szatę. Nie potrafisz? To może ci pomóc?
- Nie trzeba - mruknęła dziewczyna i szybko odpięła długš, czarnš szatę.
Odpięła, ale nie zdjęła.
Stała z pochylonš głowš a Draco mógł przez poły materiału dojrzeć jasny odcień jej skóry i to go bardzo zaciekawiło, czyżby Weasley nie miała nic pod szatš?
- Weasley, dziecko, co z tobš? - spytał niemal dobrodusznie z rozkoszš wymawiajšc słowo "dziecko", co miało Virginię wyprowadzić z równowagi, ale ku jego zdziwieniu, nie wyprowadziło.
Dziewczyna stała z pochylonš głowš i wyglšdała tak jakby miała się popłakać. To go zaciekawiło i nawet trochę wzruszyło.
- No co się dzieje, Weasley?
- Bo ja się nie zdšżyłam ubrać... - wyszeptała cicho dziewczyna, a w mylach wykopywała mu już grób. - I jestem w samej bielinie, sir.
Draco absolutnie nie wiedział, co ma w takiej sytuacji powiedzieć. Weasley'ównie. Oczywicie zwyciężyły jego wredny charakter i skłonnoć do złoliwoci. Nie zważajšc na łzy w oczach dziewczyny wzruszył ramionami i powiedział.
- To już nie moja wina, że nie wstała o odpowiedniej porze, Weasley.
- winia! - powiedziała głono i wyranie dziewczyna zrzucajšc z siebie szatę.
- Co ty powiedziała, Weasley? - Draco obrzucił jej roznegliżowane ciało, uważnym spojrzeniem.
- Powiedziałam panie profesorze, że jest pan zwyczajnym chamem i ostatniš winiš.
Draco popatrzył jej uważnie w załzawione oczy. Po policzkach Virginii toczyły się ogromne łzy zażenowania, złoci i upokorzenia i Malfoy rzeczywicie poczuł się paskudnie.
- Nie rycz - powiedział chłodno - i licz się ze słowami, Weasley.
- NIE RYCZĘ odpowiedziała Ginny ocierajšc sobie łzy z twarzy. - I uważam na to co mówię. W końcu powiedziałam prawdę.
- Ty naprawdę jeste bezczelna... dziecino.
Jego wzrok przesunšł się po zgrabnym, drobnym ciele nastolatki. Była tak filigranowš istotš, że bez trudu mógłby unieć jš z podłogi i posišć w pozycji stojšcej, bez szwanku dla swojego cennego kręgosłupa.
"Draco, co ci przychodzi do głowy?" - pomylał z rozbawieniem.
"A może... a może to nie jest taki zły pomysł... może włanie to jest odpowiedni rodzaj ka...
laluna7