Tom Clancy
Net Force
Cykl: Net Force tom 1
Tłum.: Andrzej Zieliński
Podziękowania
Pragniemy gorąco podziękować Steve’owi Perry’emu za jego inspirujące pomysły,
jakże przydatne podczas przygotowywania maszynopisu. Pragniemy również
podziękować
następującym osobom: Martinowi G. Greenbergowi, Larry’emu Segriffowi, Denise
Little,
Johnowi Helfersowi, Robertowi Youdelmanowi, Esq., Richardowi Hellerowi, Esq. i
Tomowi
Mallonowi, Esq.; Mitchell Rubinstein i Laurie Silvers z BIG Entertainment;
cudownym
ludziom z The Putnam Berkley Group a zwłaszcza Phyllis Grann, Davidowi Shanksowi
i
Tomowi Colganowi; naszym producentom miniserialu ABC, Gilowi Catesowi i
Dennisowi
Doty; reżyserowi i scenarzyście Robowi Libermanowi i wszystkim wspaniałym
ludziom z
ABC. Jak zawsze, pragniemy podziękować Robertowi Gottliebowi z agencji Williama
Morrisa, naszemu przyjacielowi i agentowi, bez którego ta książka nigdy nie
ujrzałaby światła
dziennego, oraz Jerry’emu Katzmanowi, wiceprzewodniczącemu agencji Williama
Morrisa i
jego kolegom z telewizji. Ale, co najważniejsze, to ty, Czytelniku,
rozstrzygniesz czy nasze
przedsięwzięcie zakończy się sukcesem.
Rozdział 1
Wtorek, 7 września 2010 roku, godzina 23.24
Waszyngton, Dystrykt Columbia
- W porządku, dyrektorze - powiedział Boyle. - Jest czysto.
Steve Day wyszedł w parną, jesienną noc z chłodniejszej, klimatyzowanej
restauracji,
wciąż czując w nozdrzach cudowne zapachy wyśmienitej kuchni włoskiej. Boyle,
główny
ochroniarz Daya, był już na chodniku i mówił coś do swego mikrofonu. Limuzyna
czekała,
ale Boyle był bardzo ostrożnym młodym człowiekiem, jednym z najlepszych w FBI.
Dopiero
kiedy skończył mówić, z cichym kliknięciem otworzył się elektryczny zamek
tylnych drzwi
limuzyny. Boyle przez cały czas patrzył wszędzie, tylko nie na Daya.
Day skinął głową kierowcy. To ten nowy. Larry? Lou? Coś w tym rodzaju. Był w
całkiem niezłym nastroju, sadowiąc się na pokrytym klonowaną skórą siedzeniu.
Nic tak nie
poprawia człowiekowi humoru, jak posiłek z siedmiu dań, z trzema rodzajami
doskonałego
wina. Restauracja „Umberto” była nowa, ale zasługiwała co najmniej na cztery
gwiazdki,
które na pewno otrzyma, kiedy tylko ktoś zajmie się jej oceną. Day miał
nadzieję, że nie
nastąpi to szybko. Zawsze tak było. Kiedy tylko znalazł jakiś nowy,
niestandardowy lokal z
przyzwoitymi potrawami, zaraz go „odkrywano” i już nie sposób było zarezerwować
miejsca.
Fakt, był dyrektorem powołanej ostatnio Net Force, o której wciąż jeszcze dużo
się
mówiło w waszyngtońskich kręgach władzy, ale nie znaczyło to wiele, kiedy w
kolejce
czekali przed nim bogaci senatorowie, albo jeszcze bogatsi dyplomaci. Nawet
właściciele
restauracji w tym mieście wiedzieli, kogo najpierw całować w tyłek i na szczycie
listy z
pewnością nie stał ktoś z klucza politycznego, na tak odległej pozycji w
łańcuchu
pokarmowym, jak Day. Przynajmniej na razie.
Tak czy inaczej, posiłek był doskonały: makaron al dente, groźny dla arterii
sos,
krewetki, sałatka i przepyszne lody. Day czuł się przyjemnie pełny i lekko
wstawiony.
Dobrze, że nie musiał prowadzić.
Zaćwierkał jego virgil.
Boyle wsunął się na siedzenie obok Daya, zamknął drzwi i zastukał w kuloodporną
przegrodę z lexanu, oddzielającą ich od kierowcy.
Samochód ruszył. Day odpiął virgila od paska i spojrzał.
Jego Wirtualny Interfejs Komunikacyjny o Zasięgu Globalnym - w skrócie virgil -
wyświetlał
mrugającą ikonę telefonu w prawym górnym rogu małego ekranu
ciekłokrystalicznego.
Dotknął ikony i na ekranie pojawił się numer. Marylin dzwoni z domu. Spojrzał na
sygnaturę
czasu. Tuż po jedenastej wieczorem. Musiała wrócić wcześniej ze spotkania DAR*.
[*
Daughters of American Revolution - Córy Rewolucji Amerykańskiej, organizacja
kobieca
[przyp. tłum.].
Zwykle te gadaniny nie kończyły się przed północą. Wyszczerzył zęby w uśmiechu,
stuknął dwa razy w numer telefonu i czekał na połączenie.
Niewiele większy od paczki papierosów - Day rzucił palenie dwadzieścia lat temu,
ale
nie zapomniał, jakiej wielkości była paczka - virgil był wspaniałą zabawką.
Łączył w sobie
komputer, GPS*, [* Global Positioning System - system nawigacji satelitarnej
[przyp. tłum.],
telefon, zegar, radio, telewizor, modem, kartę kredytową, kamerę, skaner, a
nawet mały faks,
wszystko w jednym urządzeniu. GPS mógł go poinformować, gdzie się akurat
znajduje, w
dowolnym miejscu na kuli ziemskiej, a ponieważ Day był wyższym funkcjonariuszem
FBI,
jego GSP nie był celowo rozkalibrowany, tak jak cywilne urządzenia tego typu i
zapewniał
dokładność do kilku metrów. Można się było połączyć z dowolnymi ludźmi przez
telefon,
albo komputerowo, szyfrowanym kanałem hipercyfrowym o tak wielkiej
przepustowości, że
nazywano go „rurą” i tak bezpiecznym, że ekspertowi od szyfrów pół roku
zabrałoby
włamanie się do niego. Virgil Daya umożliwiał, po wprowadzeniu odpowiedniego
kodu,
dostęp do serwerów warstwowej sieci komputerowej FBI i Net Force z ich ogromnymi
bazami danych. Gdyby mu się chciało, Day mógłby wziąć szczyptę cukru-pudru z
sernika,
który jadł na deser, posypać odcisk palca, pozostawiony na talerzu przez
kelnera, wysłać
polecenie sprawdzenia i zanim skończyłby jeść, znałby już nie tylko imię i
nazwisko faceta,
ale także jego pełny życiorys. Wspaniałe było to życie w przyszłości, zaledwie
dziesięć lat od
przełomu wieku. Skoro rok 2010 oferował takie cuda, to co dopiero będzie za
następne
dwadzieścia, trzydzieści lat? Bardzo chciał się o tym przekonać osobiście, a
dzięki postępom
medycyny mógł na to liczyć z całkiem dużą dozą prawdopodobieństwa.
- Cześć, Steve - odezwał się głośnik virgila.
- Cześć, Marylin. Coś się stało?
- Nic takiego. Skończyłyśmy wcześniej. Pomyślałam, że może zjedlibyśmy kolację.
Wyszczerzył zęby do virgila. Kamera nie była włączona, więc ona nie mogła
zobaczyć tego uśmiechu. - Właśnie wyszedłem z „Umberto” - powiedział. - Chyba
nie tknę
jedzenia przez następne parę tygodni.
Roześmiała się.
- Rozumiem. Wracasz do domu?
- Jestem w drodze.
Miał wprawdzie apartament w mieście, ale najczęściej starał się dostać na drugą
stronę
rzeki, do domu. Dzieciaki były już dorosłe, ale Marylin i pies chętnie go
widywali od czasu
do czasu.
Wyłączył virgila i zaczął go z powrotem przypinać do paska. Wymagało to trochę
zabiegów. Sięgnął do sprzączki, poluzował pasek o kilka dziurek i przesunął
wyściełaną
kaburę Galco z pistoletem SIG .40 bardziej na brzuch, żeby nie gniotła go w
prawe biodro.
Mógł nosić jeden z tych nowoczesnych, bezprzewodowych taserów obezwładniających,
o
których mówiono, że są lepsze niż broń palna, ale jakoś nie do końca im ufał.
Prawda, że na
obecne stanowisko dostał się z klucza politycznego, ale spędził w terenie dość
czasu, żeby
sobie na to zasłużyć. Ufał swemu staromodnemu pistoletowi.
Przesunięcie kabury pomogło. Przy okazji odpiął taśmę samoprzyczepną, mocującą
boczne panele kevlarowej kamizelki kuloodpornej, żeby też je trochę poluzować.
Siedzący obok Boyle z trudem powściągał uśmieszek.
Dole pokręcił głową.
- Łatwo ci się śmiać. Ile ty masz lat, trzydzieści? Wciąż jeszcze trenujesz na
siłowni
trzy-cztery razy w tygodniu, prawda? My starzy, tłuści dżokeje biurkowi nie mamy
czasu,
żeby dbać o kondycję.
Co zresztą wcale nie znaczyło, że był w aż tak kiepskiej kondycji. Mając metr
siedemdziesiąt pięć wzrostu, ważył trochę ponad osiemdziesiąt pięć kilo. Pewnie,
że mógłby
zrzucić parę kilogramów, ale, do licha, w czerwcu skończył pięćdziesiąt dwa
lata, więc miał
prawo do niewielkiego nadbagażu. Zasłużył sobie na to.
Jechali na skróty do autostrady, wąską ulicą na tyłach nowych osiedli. Ta część
miasta
była mroczna i ponura, z porozbijanymi latarniami i wrakami samochodów na
poboczach.
Jeszcze jedna dzielnica, która zaczęła się zmieniać w slumsy zanim zdążyły
wyschnąć tynki.
Jego zdaniem, nad obecną koncepcją opieki społecznej trzeba by solidnie
popracować;
oczywiście nigdy nie było inaczej. Sprawy miały się co prawda coraz lepiej, ale
wciąż było
wiele do zrobienia, zanim wszyscy pasażerowie zdołają wsiąść do pociągu zwanego
przyszłością. W Dystrykcie Columbia były ulice, w które nie zapuściłby się po
zmroku, bez
względu na broń, kamizelkę kuloodporną i virgila. W opancerzonej limuzynie czuł
się trochę
bezpieczniej...
Rozległ się okropny huk, a wnętrze limuzyny rozświetlił nagle
jaskrawopomarańczowy błysk. Samochód uniósł się po stronie kierowcy, przez
chwilę, która
wydawała się wiecznością jechał na dwóch kołach, po czym twardo opadł na
jezdnię.
- Co, u diabła?!
Boyle zdążył wyciągnąć pistolet, kiedy samochód zarzucił tyłem, obrócił się i
uderzył
w słup ulicznej latarni. Słup był z włókna szklanego. Złamał się na wysokości
zderzaka i
spadł na limuzynę. Na pokrywę bagażnika posypały się z brzękiem odłamki szkła.
Day zobaczył zwalistego mężczyznę, wybiegającego z parnych ciemności nocy w
stronę samochodu. Mężczyzna miał na głowie kominiarkę, która jednak nie
zasłaniała mu
twarzy. Day dostrzegł jasne włosy i bliznę, przechodzącą przez prawą brew. Twarz
mężczyzny wykrzywiał uśmiech.
Dayowi wydawało się, że kątem oka zauważył jakiś ruch za samochodem, ale kiedy
się obejrzał, niczego nie zobaczył.
- Ruszaj! - darł się Boyle. - Ruszaj! Ruszaj!
Kierowca próbował. Silnik zawył, koła zapiszczały, ale samochód stał w miejscu.
Wnętrze wypełniło się swądem spalonej gumy.
Day nacisnął guzik sygnału alarmowego na virgilu i sięgał właśnie po swój
pistolet,
kiedy ubrany na czarno mężczyzna wyciągnął rękę i przytknął coś do drzwi
limuzyny.
Cokolwiek to było, zadźwięczało metalicznie. Mężczyzna odwrócił się i pobiegł z
powrotem
w ciemność...
- Wysiadać! - krzyknął Boyle. - Przyczepił nam rzepa do drzwi! Wysiadać!
Day chwycił za klamkę po stronie kierowcy, szarpnął i rzucił się na zewnątrz,
wykonując niezdarny przewrót przez ramię.
Rozległo się szczekanie pistoletu maszynowego, na które nakładał się dźwięk
pocisków, siekących ranną limuzynę.
Day przetoczył się dalej, rozglądając się za jakimś schronieniem. Na próżno.
Nigdzie
nie mógł się schować!
Obejrzał się na samochód. Czas jakby stanął w miejscu. Boyle wysiadł z limuzyny,
strzelając bez przerwy. Pomarańczowe płomienie wylotowe przecinały ciemność, ale
wyglądało to jak filmowa scena w zwolnionym tempie.
Boyle szarpnął się, trafiony małokalibrowymi pociskami w tułów.
Dayowi przemknęło przez głowę, że większość pistoletów maszynowych strzela
amunicją pistoletową i że kamizelki, które on sam i Boyle mieli na sobie
powstrzymają każdy
taki pocisk. Pod warunkiem, że tamci nie będą...
...krew i mózg trysnęły ze skroni Boyle’a, kiedy wyszła tamtędy kula...
...pod warunkiem, że nie będą strzelać w głowę!
Jasna cholera! Co tu się działo? Kim byli ci ludzie?
Cały czas słychać było wycie silnika limuzyny. Kierowca za wszelką cenę próbował
odjechać. Day czuł zapach spalin, swąd spalonej gumy opon; czuł i zapach
własnego strachu,
ostry, kwaśny, przenikliwy.
Rzep - ładunek wybuchowy, przymocowany do tylnych drzwi limuzyny - eksplodował
z hukiem.
Ze wszystkich okien samochodu wyleciały szyby. Odłamki szkła posypały się na
wszystkie strony, kilka trafiło Daya, ale prawie nie zwrócił na to uwagi.
W tylnej części dachu limuzyny powstała wyrwa wielkości pięści. Day poczuł falę
gorąca, a chwilę potem otoczył go dym, czarny i gryzący.
Kierowca zwisał z okna połową bezwładnego ciała.
Trup. Kierowca i Boyle nie żyli. Pomoc nadejdzie, ale Day wiedział, że nie może
biernie czekać, bo też zginie.
Poderwał się, przebiegł szybko kilka kroków, gwałtownie skręcił w prawo, dwa
kroki,
zwrot w lewo. Uciekając zakosami przypomniał sobie czasy w szkolnej drużynie
futbolowej
przed trzydziestu pięciu laty.
Strzelano do niego, ale jakoś się wymykał. Pocisk przeszedł mu przez marynarkę
pod
lewym ramieniem. Poczuł, jak ogarnia go wściekłość. Ta cholerna marynarka była z
jedwabiu
z Hong Kongu i kosztowała go sześćset dolarów!
Inny pocisk trafił go w pierś, tuż nad sercem. Nigdy nie nosił na wysokości
serca
płytki z tytanu, poprzestał na potrójnej wkładce z kevlaru, podobnie jak robiło
to wielu
agentów, i uderzenie pocisku zabolało go jak diabli! Jakby ktoś go zdzielił
młotkiem prosto w
splot słoneczny! Cholera!
Ale nie miało to znaczenia. Był na nogach, biegł...
Pojawiła się przed nim czarna postać, strzelając z Uzi. Day widział płomień
wylotowy.
Mimo ciemności i strachu dostrzegł też, że pod czarną kurtką tamten miał masywną
bojową
kamizelkę kuloodporną. Daya nauczono strzelać najpierw w środek nacierającej na
niego
masy, ale wiedział, że w tym wypadku na nic by się to nie zdało. Nie, nie, SIG
.40 nie
zraniłby w ten sposób napastnika, tak jak dziewięciomilimetrowe pociski z Uzi
nie robiły
krzywdy Dayowi!
Nie zwalniając, Day uniósł pistolet i naprowadził świecącą plamkę celownika na
nos
mężczyzny. Jego pole widzenia zawęziło się - widział teraz tylko twarz tamtego.
Zielona
plamka nocnego celownika trochę skakała, ale oddał trzy strzały, ściągając spust
najszybciej,
jak potrafił.
Napastnik zwalił się, jakby nagle zabrakło mu nóg.
W porządku! Zdjął jednego z nich, stworzył lukę, to tak jak w futbolu, kiedy był
rozprowadzającym, tak dawno temu.
Teraz! Ruszaj przez lukę, szybko, do linii końcowej!
Kątem oka zauważył jakiś ruch, spojrzał w lewo i zobaczył drugiego mężczyznę,
również ubranego na czarno. Tamten trzymał oburącz pistolet. Stał nieruchomo,
jak rzeźba.
Wyglądał, jakby ćwiczył na strzelnicy.
Day poczuł, że skręcają mu się wnętrzności. Chciał biec, strzelać, defekować,
wszystko w jednej chwili. Kimkolwiek byli ci faceci, byli zawodowcami. To nie
uliczna
banda, która chciała komuś ukraść portfel. To był zamach, a tamci byli dobrzy...
To była jego ostatnia myśl.
Pocisk trafił go między oczy, na zawsze przerywając zdolność myślenia.
Na tylnym siedzeniu Volvo kombi Michaił Rużjo odwrócił się i spojrzał na ciało
Nikołaja Papirosa w wielkiej przestrzeni bagażowej. Ciało leżało na boku i choć
było
przykryte kocem, we wnętrzu samochodu rozszedł się już odór śmierci. Rużjo
westchnął i
pokręcił głową. Biedny Nikołaj. Mieli nadzieję, że obejdzie się bez ofiar -
zawsze ma się taką
nadzieję - ale tamten gruby Amerykanin nie był tak stary i ociężały, jak
oczekiwali. Nie
docenili go - błąd. Oczywiście to Nikołaj odpowiadał za rozpracowanie dyrektora
Net Force,
więc może i była w tym jakaś sprawiedliwość losu, że to on stał się jedyną
ofiarą. Rużjo
pomyślał, że mimo wszystko będzie mu go brakować. Wiele razem przeszli, jeszcze
w
Służbie Wywiadu Zagranicznego. Piętnaście lat. W tym biznesie to jak całe życie.
Jutro Nikołaj obchodziłby urodziny; miałby czterdzieści dwa lata.
Winters, Amerykanin, prowadził Volvo, a obok niego siedział Grigorij Zmieja,
mrucząc coś pod nosem po rosyjsku.
Ich nazwiska - nawet Wintersa - nie były tymi, które dostali po ojcach. Były
żartem.
Rużjo, to po rosyjsku karabin. Nikołaj nazwał się papierosem, Grigorij - żmiją.
Rużjo westchnął jeszcze raz. Cóż, stało się. Nikołaj nie żył, ale zamach się
udał, więc
strata była do zaakceptowania.
- Wszystko w porządku, szefie? - spytał Amerykanin.
- W porządku.
- Tak tylko pytam.
Amerykanin mówił, że pochodzi z Teksasu i albo to była prawda, albo doskonale
naśladował teksański akcent.
Rużjo spojrzał na pistolet, leżący na siedzeniu. To z niego zabił tamtego
człowieka,
który przedtem zabił Nikołaja. Beretta 9 mm, włoska broń. Bardzo dobry pistolet,
precyzyjnie
wykonany, ale też wielki, ciężki, za duży odrzut, za duży huk, za wielkie
pociski, jak na gust
Rużjo. Kiedy służył w Specnazie, rosyjskich oddziałach specjalnych, zajmując się
tym, co
nazywano mokryje dieła, czyli mokrą robotą, miał mały pistolet PSM kalibru 5,45
mm.
Strzelał pociskami o połowę mniejszymi niż Beretta i był od niej o wiele
mniejszy. Prawda,
że zbrojmistrz mu go podrasował; tamten PSM zawsze mu wystarczał. Nigdy go nie
zawiódł.
Wolałby PSM od Beretty, ale oczywiście było to niemożliwe. Zamach miał wyglądać,
jakby
dokonali go miejscowi, więc broń rosyjskiego zabójcy uruchomiłaby wystarczająco
wiele
sygnałów alarmowych, żeby obudzić nieboszczyka. W tych sprawach Amerykanie wcale
nie
byli tacy głupi.
Z dezaprobatą spojrzał na Berettę. Amerykanie mieli obsesję na punkcie wielkich
rozmiarów; dla nich większe zawsze było lepsze. Zdarzało się, że ich policjanci
strzelając do
przestępców opróżniali całe magazynki, zawierające osiemnaście albo dwadzieścia
nabojów
wielkiej mocy i wielkiego kalibru - i chybiali za każdym razem. Taktyka „módl
się i strzelaj”.
Zdawali się nie rozumieć, że pojedynczy strzał z małokalibrowej broni w rękach
eksperta był
...
Demonius