Rowson Pauline - Ogień i woda.doc

(850 KB) Pobierz
12



 

 

 

 



 

 

 


Dla Chrissy i mojej mamy.

Dla wszystkich strażaków  - prawdziwych bohaterów. Zwłaszcza dla Boba

i Czerwonego Patrolu z Southsea.


PROLOG

P

rawdopodobnie nigdy nie zaangażowałbym się w te wydarzenia, gdyby nie włamanie w dniu pogrzebu. I gdyby nie wiadomość od Jacka, w której prosił, żebym zaopiekował się jego żoną, Rosie. Zawiodłem go, gdy żył, nie zamierzałem go zawieść po śmierci.

Nigdy nie szukałem ryzyka, nie kusiłem losu. Wola­łem pozwalać wydarzeniom przybierać swój obrót. Jed­nak przeszłość ma paskudny nawyk - dogania nas, kie­dy uciekamy, znajduje, gdy się przed nią chowasz. Moja właśnie to zrobiła. Stojąc nad grobem Jacka na ponurym cmentarzu w Portsmouth w jeszcze bardziej ponury gru­dniowy dzień, poczułem, że wracają wspomnienia inne­go pogrzebu - sprzed piętnastu lat. Wróciły z pełną siłą, niemal mnie dusząc.

Próbowałem odpędzić te obrazy, ale nie mogłem. Niektóre wydarzenia nigdy nie odchodzą. Leżą tylko przyczajone i czekają na ciebie. Chciałem zostawić to wszystko, ale czułem, że nie mogę.

Zamknąłem oczy i raz jeszcze spróbowałem zapo­mnieć. Bez rezultatu. Kiedyś uciekłem przed własną przeszłością. A teraz wiedziałem, że drugi raz już mi się to nie uda.


Rozdział 1

O

budziłem się z potwornym kacem. A właściwie obudziła mnie moja żona Faye krzątająca się po domu. Jęknąłem i po omacku sięgnąłem po zegarek, ale nie trafiłem ręką. Z wysiłkiem otworzyłem oczy. Elek­tryczne światło raziło jak laser. Był dzień po pogrzebie Jacka, a ja oczywiście leżałem w salonie. Źle spałem. Usta miałem jak papier ścierny, a język o dwa numery za duży.

Co, u licha, robi Faye? Hałasowała, jakby próbowała pobić rekord w bieganiu po domu w podkutych butach i jednoczesnym żonglowaniu naczyniami. Domyśliłem się, że chciała mnie ukarać, bo poszedłem wczoraj po­móc Rosie. Tylko co innego miałem zrobić? Rosie ledwo co pochowała męża, a tu wraca do domu i odkrywa, że miała włamanie. Nie mogłem jej zostawić samej z tym wszystkim. Nie mogłem zawieść Jacka. „Adam, chcę, żebyś zaopiekował się Rosie". Ostatnie słowa nieżyjące­go przyjaciela, choćby napisane na zwykłej pocztówce, zobowiązują. Zresztą poszedłbym i tak.

Zazwyczaj nie jestem zwolennikiem surowych kar, ale wczoraj zmieniłem zdanie. Dla tych włamywaczy stryczek



10

 

wydawał mi się za łagodny. Dziwne było jednak, że nic nie zginęło. Tak przynajmniej po wstępnych oglę­dzinach stwierdziła córka Rosie, Sarah. Biżuteria leżała gdzie zawsze i mimo tego strasznego chaosu i bałaganu, kwiatów i kartek z kondolencjami, nawet ja zauważyłem, że telewizor i sprzęt grający pozostały nietknięte. Do ga­binetu Jacka tylko zajrzałem, ale trudno było przeoczyć zniszczony komputer, a tuż obok nietkniętą drukarkę. Dlaczego? To nie miało żadnego sensu... podobnie jak śmierć Jacka.

Sarah zabrała matkę do siebie, ja zostałem, żeby po­rozmawiać z policją i załatwić ślusarza do wymiany zniszczonego zamka. Przynajmniej tyle mogłem zrobić.

-              A więc wreszcie się obudziłeś?

Pełen wyrzutu głos Faye darł mi mózg jak drut kol­czasty. Ponownie otworzyłem oczy i stęknąłem. Patrzyła na mnie, jakbym był czymś, co kot zwrócił na dywan. Nie dziwiłem się, biorąc pod uwagę wczorajszą kłótnię. Faye chciała, żebyśmy gdzieś wyszli uczcić zdobycie jej pierwszego klienta po awansie w tej londyńskiej firmie reklamowej. Ja wolałem iść do Rosie.

Próbowałem się uśmiechnąć, ale musiało to tylko po­gorszyć sytuację, bo Faye cmoknęła z niezadowoleniem i poprawiła włosy - chyba jeszcze jaśniejsze niż zwykle.

-              Adam, ile wczoraj wypiłeś?

Podniosła pilota i położyła na telewizorze. Faye lubi­ła, kiedy rzeczy leżały na swoim miejscu. A ja nie byłem na swoim miejscu. Przypominałem worek kartofli na środku salonu - psujący wystrój, ale zbyt ciężki, żeby go wziąć w dwa palce i wynieść. Ledwie to pomyślałem, Faye zmar-


      11

szczyła czoło i z obrzydzeniem - właśnie dwo­ma palcami - podnosiła pustą butelkę po whisky.

-              Czy to ma znaczenie? - uniosłem się na łokciu.

-              Oczywiście, że ma. Nie chcę być żoną pijaka.

Wróciła z kuchni i patrzyła na mnie swymi piękny­mi oczyma, z dłońmi opartymi na szczupłych biodrach. Ubrana już do pracy w elegancką czarną garsonkę i spodnie.

-              Która godzina? - zapytałem.

-              Najwyższy czas, żebyś się wziął do roboty. Za długo już trwa ta twoja stypa. Jack nie chciałby, żebyś tak wy­glądał.

Od czasu telefonu Rosie, kiedy to powiedziała mi o śmierci Jacka, nawet nie spojrzałem na pędzle. To było dziesięć... nie, dwanaście dni temu. Zastanawiałem się, czy w ogóle będę jeszcze kiedyś malował.

-              Ucieknie ci pociąg - wymamrotałem, próbując wstać i bardzo starając się nie zatoczyć. Wyraz twarzy Faye dał mi do zrozumienia, że nie to chciała usłyszeć.

-              Zabieram samochód. Do piątku będę w Londynie w służbowym mieszkaniu. Tak dla informacji, gdybyś nie zauważył, Boże Narodzenie za niecałe trzy tygodnie. Mam mnóstwo przygotowań.

-              Kiedy tak zdecydowałaś? - zapytałem ze zdziwie­niem, o mało nie przewracając się o naszą kotkę Boudic-cę, która miauknęła głośno, rzucając mi złe spojrzenie.

„Ciebie też zostawia" - pomyślałem do zwierza­ka, pstrykając przykrywką czajnika. Obróciłem głowę w stronę Faye, ale zrobiłem to za szybko - nagły ból sprawił, że natychmiast tego pożałowałem.


12



-              Wczoraj, po tym jak wypadłeś biegiem, zadzwoni­łam do Stewarta. Powiedział, że mam wolną rękę.

Czy to miała być kara za udzielenie pomocy wdowie po moim najlepszym przyjacielu? Nigdy nie poznałem szefa Faye, ale też mało mnie on obchodził. No i mia­łem dość ciągłego wysłuchiwania, że Stewart to, Stewart tamto...

-              Pomyślałam, że będziesz miał więcej czasu na pra­cę i przygotowania do sobotniej wystawy - ciągnęła. - Dużo mnie kosztowało przekonanie jednej z najlepszych londyńskich galerii, nie mówiąc już o potwierdzonej obecności burmistrza Portsmouth, jak i naszego posła.

-              Wiem, nie zapomniałem - mruknąłem.

Nie zapomniałem, chociaż miałem na to wielką ochotę. Faye zdecydowała się zadbać o moją karierę, oczywiście swoimi metodami. Branżowymi. Tak jak o to całe badziewie, którego człowiek tak naprawdę nie potrzebuje, ale firmy reklamowe potrafią sprawić, żeby nie mógł bez tego żyć. Mnie osobiście ta wystawa była obojętna. Zawsze czułem zakłopotanie w trakcie pu­blicznych prezentacji mojej sztuki. Fakt, to duża wada w moim zawodzie.

Sięgnąłem po kubek i nalałem sobie trochę kawy. Otworzyłem usta, aby dodać coś jeszcze na temat Rosie, ale Faye była szybsza.

-              Czy masz zamiar dzisiaj malować? - Spojrzała na mnie z pogardą.

-              Idź już, bo samochód odjedzie bez ciebie - poradzi­łem spokojnie.

Chwyciła dyplomatkę, kluczyki, rzuciła mi złowiesz­cze spojrzenie i wypadła.


                13


-              I koniec - oznajmiłem kotce.

Boudicca podniosła łeb, jakby chciała powiedzieć: „A czego się spodziewałeś?", i z godnością wyszła przez swoją klapkę w drzwiach.

Piłem kawę, leżąc rozciągnięty na sofie. Nie jestem dobry w kłótniach. Moją specjalnością jest ustępowanie pola. Dlatego Faye była taka zła. Zamiast dać jej tę przy­jemność i pozwolić się pognębić jeszcze trochę, zdezer­terowałem. Może powinienem zadzwonić i przeprosić? Nie, za szybko. Zadzwonię później...

Zamknąłem oczy, ale to nie pomogło. Nie mogłem wymazać z pamięci zdarzeń tamtego wieczoru. Policja uważa, że za włamanie odpowiedzialni są narkomani. Ale jacy narkomani zostawiliby biżuterię i inne cenne przedmioty, które można by bardzo szybko spieniężyć. Głośno podzieliłem się wówczas tą wątpliwością z młod­szym, okrągłym policjantem.

-              Proszę pana, jak tacy są na haju, to nie wiadomo, co
się w ich głowach kotłuje - odpowiedział.

A ja od razu sobie przypomniałem moją ostatnią roz­mowę z Jackiem.

-              Jestem śledzony - wyszeptał do słuchawki dwa ty­godnie temu.

-              Zwariowałeś? - Zaśmiałem się. - Dlaczego ktoś miałby cię śledzić?

-              Jeszcze nie wiem, Adam. To bardzo niebezpieczne, ale jestem blisko.

-              Blisko czego?

-              Blisko prawdy. Daj mi parę dni.

Niestety Jack nie dostał tyle czasu. Następnego dnia wszedł do opuszczonego starego budynku, który ktoś


14



podpalił. Jego zawodem było gaszenie pożarów. Mo­gło się to zdarzyć każdemu strażakowi, ale zdarzyło się jemu. Z miejsca przestało mi już być wesoło.

Wylałem resztkę kawy do zlewu, patrząc jednocześ­nie przez okno na targany wiatrem ogród i majaczące w oddali stoki Portsdown Hill. Dostrzegłem też dwa ko­nie na pastwisku, które chyba trzęsły się z zimna. Jack nie miał tendencji do halucynacji. Jeśli mówił, że ktoś go śledzi, to tak było. Tylko kto i dlaczego? Komu mógł przeszkadzać, komu zagrażać mógł strażak?

Narzuciłem starą kurtkę i przeszedłem przez ogród do pracowni. Cienka warstwa śniegu, która pokryła wczoraj okolice cmentarza, zniknęła w ciągu nocy, po­zostawiając wilgotny i ponury chłód szarego dnia.

Patrzyłem na płótna przedstawiające morskie pejza­że i szczerze ich nienawidziłem. Wszystkie były mier­ne i nijakie. Moje oczy spoczęły na pocztówce od Jac­ka. Przyszła dopiero wczoraj, chociaż data na stemplu wskazywała dzień, w którym zginął. Pewnie utknęła na poczcie w stosach życzeń świątecznych. Nie musiałem jej czytać ponownie, bo wciąż miałem przed oczami każdy wyraz. Jednak odpiąłem kartkę ze ściany i odwróciłem obraz Turnera na drugą stronę.

Adam, chcę, żebyś zaopiekował się „Rosie". Jesteś wybitnym artysta i najlepszym przyjacielem. Szczęśliwego Żeglowania!

Wszystkiego dobrego, Jack

4 lipca 1994


                  


                     15


Dlaczego 4 lipca, skoro wysłał ją w grudniu? Dlaczego rok 1994, skoro był 2006? Dlaczego podkreślił niektóre litery? DCHBYAOKWRSIWYYĄINYOŻWWTKDE. Jakiś szyfr? Nigdy nie byłem dobry w krzyżówkach, tym bardziej takich szaradach, ale Jack owszem. Jedyne słowa, jakie udało mi się ułożyć z tej rozsypanki, to CHOROBA, KONIEC, TOKSYNA, o ile oczywiście reguły dopusz­czały powtórne używanie już wykorzystanych liter.

Czyżby Jack wiedział, że umrze? Ale to przecież nie­możliwe! Gdyby podejrzewał, że gdy wejdzie do środ­ka, ten zbiornik z gazem eksploduje, to przecież by nie wchodził! Opuszczony dom, żadnych ludzi, dla których musiałby się narażać...

Przypomniałem sobie rozmowę ze Steve'm Langtonem, gdy czuwaliśmy przy trumnie. Steve był jednym z przyjaciół Jacka i inspektorem w komendzie miejskiej. Nie mówiłem mu nic o pocztówce.

-              Jest coś nowego w sprawie tego pożaru? - zapyta­łem za to.

-              Nic. Przepytaliśmy miejscowe dzieciaki, chodzili­śmy od drzwi do drzwi, ale sam wiesz, co to za dzielni­ca. Prędzej ukryją mordercę, niż pomogą policji.

-              Sądzisz, że to było celowe?

-              Masz na myśli ten pojemnik z gazem? Czy celowo był umieszczony w budynku, który miał się zapalić? Tak mi to wygląda. Podobnie myślą śledczy ze straży. Znaleźli ślady użycia przyspieszacza. Czy to były dzie­ciaki, czy jakiś pomyleniec, którego podnieca patrzenie na ogień i samochody strażackie, nie wiem, ale nadal badamy sprawę i z pewnością dotrzemy do prawdy.

-             


16



Znów pojawiło się to słowo „prawda". Czym była prawda? Czy możliwe, żeby grupa dzieciaków albo jakiś świr chcieli zabić Jacka? Zresztą jeśli nawet, to skąd ktoś mógłby wiedzieć, że to akurat on pierwszy wejdzie do środka? No, powiedzmy nawet, że ktoś mógłby to wie­dzieć, ale w takim razie skąd? Był tylko jeden sposób, aby to sprawdzić - wypytać kolegów Jacka. Nie chciałem tego robić wczoraj podczas czuwania. Dziś to co innego.

Wsiadłem na motocykl i ruszyłem w stronę miasta. Po drodze postanowiłem jednak zajrzeć na chwilę do Rosie. Może w pokoju Jacka mógłbym znaleźć coś, co podsunęłoby mi jakiś pomysł. W domu nie było jednak nikogo. Już miałem odjeżdżać, gdy usłyszałem głos do­biegający z prawej strony:

-              Czy mogę w czymś pomóc?

Odwróciłem głowę w kierunku dużego okna w na­stępnym domu. Spoglądała z niego kobieta o krótkich, brązowych, nastroszonych włosach.

Już chciałem podziękować, kiedy coś mnie tknęło.

-              W zasadzie tak - powiedziałem wolno.

-              Proszę poczekać, już schodzę.

Miała niewiele ponad trzydzieści lat, a na sobie wy­płowiałe dżinsy...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin