TYTUL: Postmodernistyczny liberalizm mieszczanski AUTOR: Richard Rorty TLUM.: Przemyslaw Czaplinski OPRACOWAL : Adrian Zandberg (anet@eleet.webmedia.pl) ------------------------------------------------------------------------- Skargi na spo�eczn� nieodpowiedzialno�� intelektualistek(1) zazwyczaj wynikaj� z ich sk�onno�ci do usuwaania si� na ubocze, do porzucania jednej wsp�lnoty na rzecz duchowej identyfikacji z inn� - na przyk�ad z innym krajem lub inn� epok�, niewidzialn� Alma Mater lub jak�� podgrup� wyobcowan� z szerszej spo�eczno�ci. Intelektualistki s� w tym podobne do g�rnik�w. Cz�onkowie Zwi�zku Pracownik�w Kopal� we wczesnych latach istnienia tego zwi�zku troch� nie ufali otaczaj�cym ich instytucjom prawnym i politycznym, zachowuj�c lojalno�� wy��cznie wobec siebie nawzajem. Pod tym wzgl�dem przypominali literack� i plastyczn� awangard� mi�dzywojenn�. Nie jest jasne, dlaczego ci, kt�rzy w ten spos�b marginalizuj� samych siebie, s� krytykowani za spo�eczn� nieodpowiedzialno��. NIe mo�e by� przecie� odpowiedzialny w stosunku do spo�eczno�ci kto�, kto nie uwa�a si� za jej cz�onka. W przeciwnym wypadku wyrazem nieodpowiedzialno�ci by�yby ucieczki z niewoli i podkopy pod murem berli�skim. Gdyby ten rodzaj krytyki mia� mie� sens, musia�aby istnie� pewna wsp�lnota nadrz�dna - czyli ludzko�� jako taka - z kt�r� ka�dy musia�by si� identyfikowa�. Do praw takiej w�a�nie wsp�lnoty odwo�ywa�by si� cz�owiek porzucaj�cy swoj� rodzin�, plemi� czy nar�d, grupy te za� powo�ywa�yby si� na to samo krytykuj�c nieodpowiedzialno�� uciekinier�w. Niekt�rzy ludzie wierz� w istnienie takiej wsp�lnoty. Wierz� oni w istnienie przyrodzonej ludzkiej godno�ci, przyrodzonych ludzkich praw oraz ahistorycznej r�nicy mi�dzy wymogami moralno�ci i rozs�dku. Nazwijmy tych ludzi "kantystami". W opozycji do nich pozostaj� ludzie, kt�rzy twierdz�, �e "cz�owiecze�stwo" jest poj�ciem raczej biologicznym ni� moralnym, �e ludzka godno�� zawsze jest tylko pochodn� godno�ci jakiej� okre�lonej spo�eczno�ci, i �e nie jest mo�liwe odwo�anie si� do obiektywnego miernika, kt�ry pom�g�by nam oceni� wzgl�dne warto�ci zr�nicowanych - istniej�cych i postulowanych - spo�eczno�ci. Nazwijmy tych ludzi "heglistami". Wsp�czesna filozofia kr�gu angloj�zycznego jest w�a�ciwie tr�jstronnym sporem pomi�dzy z jednej strony "kantystami", kt�rzy (jak Ronald Dworkin) pragn� utrzyma� ponadhistoryczne rozr�nienie moralno�� - rozs�dek jako podpor� instytucji i praktyk ocala�ych demokracji, z drugiej tymi, kt�rzy (jak postmarksowska europejska lewica filozoficzna, Roberto Unger i Alasdair MacIntyre) pragn� odrzuci� te instytucje zar�wno dlatego, �e opieraj� si� one na zdezaktualizowanym systemie filozoficznym, jak dla innych, bardziej konkretnych powod�w, i wreszcie z trzeciej strony tymi, kt�rzy (jak Michael Oakeshott i John Dewey) pragn� zachowa� te instytucje, odrzucaj�c ich tradycyjne, kantowskie zaplecze. Dwa ostatnie stanowiska podejmuj� heglowsk� krytyk� kantowskiej koncepcji dzia�a� moralnych, uwsp�cze�niaj�c albo odrzucaj�c reszt� filozofii Hegla. Je�eli hegli�ci maj� racj�, w�wczas nie istniej� ani ahistoryczne kryteria decyduj�ce, kiedy porzucenie jakiej� spo�eczno�ci jest, a kiedy nie jest czynem nieodpowiedzialnym, ani te� kryteria decyduj�ce, kiedy zmieni� kochank� czy zaw�d. Wed�ug heglist�w nie ma takiej rzeczy, kt�rej nale�y by� wiernym, wyj�wszy osoby i faktyczne b�d� potencjalne spo�eczno�ci historyczne; uwa�aj� wi�c oni stosowan� przez kantyst�w wyk�adni� "odpowiedzialno�ci spo�ecznej" za myl�c�, poniewa� na przyk�ad w odniesieniu do Antygony sugeruje ona nie tyle konflikt pomi�dzy lojalno�ci� wobec brata i wobec Teb, albo wobec Aten i Persji w przypadku Alcybiadesa, lecz pozorny konflikt mi�dzy lojalno�ci� wobec osoby czy historycznej spo�eczno�ci a lojalno�ci� wobec czego� "wy�szego" od obu tych rzeczy. Wyk�adnia taka sugeruje wi�c, �e istnieje punkt widzenia abstrahuj�cy od ka�dej historycznej spo�eczno�ci i rozstrzygaj�cy o prawach spo�eczno�ci w opozycji do praw jednostek. Kanty�ci sk�onni byliby oskar�a� o brak odpowiedzialno�ci spo�ecznej tych, kt�rzy w�tpi� w istnienie takiego punktu widzenia. Dlatego te� kiedy Michael Waltzer stwierdza, �e "dane spo�ecze�stwo jest sprawiedliwe, je�li tre�� jego �ycia [...] odpowiada wsp�lnym przekonaniom jego cz�onk�w", Dworkin nazywa ten pogl�d "relatywizmem". I ripostuje: "Sprawiedliwo�ci nie powierza si� anegdocie czy konwencji". Takich pretensji zg�aszanych przez kantyst�w broni� mo�na przy u�yciu taktyki samych heglist�w zauwa�aj�c, �e w�asny obraz tego samego spo�ecze�stwa ameryka�skiego, kt�re Waltzer chce chwali� i ulepsza�, jest �ci�le zwi�zany z kantowskim s�ownikiem "nieusuwalnych praw" i "godno�ci ludzkiej". Heglowscy obro�cy instytucji liberalnych podejmuj� si� bowiem - wy��cznie na gruncie solidarno�ci - obrony spo�ecze�stwa, od kt�rego tradycyjnie oczekiwano fundamentu trwalszego ni� solidarno��. W swojej krytyce tradycji wiod�cej od Hegla przez Marksa do Nietzschego, tradycji obstawania przy my�leniu o moralno�ci raczej jako interesie historycznie uwarunkowanej spo�eczno�ci ni� jako wsp�lnej sprawie cz�owiecze�stwa, kanty�ci cz�sto upierali si�, �e taki pogl�d filozoficzny - je�li kto� ceni liberalne praktyki i instytucje - jest nieodpowiedzialny. Ich krytycyzm opiera� si� na za�o�eniu, �e wspomniane praktyki i instytucje nie przetrwa�yby usuni�cia tradycyjnych kantowskich wspornik�w obejmuj�cych ponadkulturow� i ahistoryczn� wyk�adni� "rozumno�ci" i "moralno�ci". Przeprowadzan� przez heglist�w pr�b� obrony instytucji i praktyk bogatych demokracji p�nocnoatlantyckich, obywaj�c� si� bez takich wspornik�w, nazwa�bym "postmodernistycznym liberalizmem mieszcza�skim". Nazywam go "mieszcza�skim" aby podkre�li�, �e wi�kszo�� ludzi, o kt�rych m�wi�, nie sprzeciwi�aby si� marksistowskiemu twierdzeniu, i� wspomniane instytucje i praktyki s� w sporej cz�ci mo�liwe i usprawiedliwione jedynie w okre�lonych historycznych, a zw�aszcza ekonomicznych warunkach. Liberalizm mieszcza�ski, pr�b� spe�nienia nadziei p�nocnoatlantyckiego mieszcza�stwa, chcia�bym przeciwstawi� liberalizmowi filozoficznemu, zbiorowi kantowskich zasad pomy�lanych jako usprawiedliwienie nas, kt�rzy owe nadzieje �ywimy. Hegli�ci s�dz�, �e zasady te s� przydatne jako podsumowanie, nie za� jako usprawiedliwienie wspomnianych nadziei. U�ywam okre�lenia "postmodernistyczny" w znaczeniu nadanym temu terminowi przez Jean-Francois Lyotarda, kt�ry pisze, �e nastawienie postmodernistyczne polega na "nieufno�ci" w stosunku do "metanarracji"(2), do opowie�ci, kt�re opisuj� albo przepowiadaj� dzia�ania takich jednostek, jak na przyk�ad "ja" samo w sobie, Duch Absolutny czy Proletariat. Metanarracje to opowie�ci s�u��ce uzasadnianiu ]ojalno�ci wobec okre�lonych wsp�czesnych spo�eczno�ci b�d� uzasadnianiu prawa do zrywania z nimi, nie b�d�ce jednak ani opowie�ciami historycznymi o przesz�ych dzia�aniach tej lub innej spo�eczno�ci, ani scenariuszami jej mo�liwych dzia�a� przysz�ych. "Postmodernistyczny liberalizm mieszcza�ski" - brzmi to oksymoronicznie. Jest tak (z przyczyn lokalnych i chyba przej�ciowych) po cz�ci dlatego, �e wi�kszo�� ludzi rozpatruj�c swoje "ja" z dala od metafizyki i metanarracji definiuje zarazem siebie poprzez sw�j rozbrat z mieszcza�stwem. Po cz�ci jednak�e jest tak i dlatego, �e trudno wypl�ta� mieszcza�ski instytucje liberalne ze s�ownika, kt�ry owe instytucje odziedziczy�y po O�wieceniu - na przyk�ad z osiemnastowiecznego s�ownika praw, z kt�rego s�dziowie i prawnicy konstytucyjni, tacy jak Dworkin musz� korzysta� ex officiis. S�ownik ten zosta� zbudowany wok� rozr�nienia moralno�ci i rozs�dku. Poni�ej chcia�bym ukaza�, w jaki spos�b �w s�ownik, a zw�aszcza wspomniane rozr�nienie, daj� si� zreinterpretowa� tak, aby przynios�o to po�ytek nam - postmodernistycznym libera�om mieszcza�skim. Chcia�bym zatem zasugerowa�, w jaki spos�b libera�owie ci mogliby przekona� nasze spo�ecze�stwo, �e jego lojalno�� wzgl�dem siebie samego jest dostatecznie moralna i jako taka nie potrzebuje ahistorycznego wsparcia. S�dz�, �e musz� spr�bowa� oczyszczenia si� z zarzut�w nieodpowiedzialno�ci, przekonuj�c nasze spo�ecze�stwo, �e powinno by� wierne wy��cznie w�asnym tradycjom, niekoniecznie za� jeszcze moralnemu prawu. Poci�gni�cie kluczowe w omawianej reinterpretacji polega na uznaniu "ja" moralnego, wcielenia rozumno�ci, nie za istot� umiej�c� odr�ni� w�asne "ja" moralne od swoich uzdolnie�, interes�w i pogl�d�w na dobro (jak potrafi to uczyni� u Rawlsa postawiona w sytuacji pierwotnej osoba dokonuj�ca wyboru(3)), lecz za uk�ad przekona�, pragnie� i odczu� bez zaplecza - za atrybuty pozbawione pod�o�a. Z punktu widzenia moralnych i politycznych rozwa�a� i dyskusji osoba ludzka faktycznie jest takim uk�adem, tak jak z punktu widzenia balistyki jest cielesnym celem, a z punktu widzenia chemii �a�cuchem moleku�. Jest uk�adem nieprzerwanie kontroluj�cym siebie na zwyk�y, Quine'owski spos�b - to znaczy nie poprzez odwo�ywanie si� do kryteri�w og�lnych (na przyk�ad "regu� sensu" czy "zasad moralnych), lecz jedynie dzi�ki metodzie pr�b i b��d�w, w kt�rej kom�rki przegrupowuj� si� w zale�no�ci od presji �rodowiska. Wed�ug Quine'owskiego pogl�du zachowanie racjonalne to po prostu zachowanie przystosowawcze, kt�re z grubsza, w podobnych okoliczno�ciach, jest por�wnywalne z zachowaniem innych cz�onk�w danej spo�eczno�ci. Irracjonalno�� pod wzgl�dem fizycznym i etycznym to sprawa zachowa� w wyniku kt�rych jednostka porzuca jedn� z takich spo�eczno�ci albo zostaje pozbawiona cz�onkostwa w niej. Z pewnego punktu widzenia zachowanie adaptacyjne mo�na ca�kiem stosownie opisa� jako "uczenie si�", "rozstrzyganie kalkulacyjne" b�d�, "redystrybucj� �adunk�w elektrycznych w splocie nerwowym" , z innego za� jako "rozwa�anie" albo "wybieranie". �aden z tych s�ownik�w nie jest uprzywilejowany w stosu...
rutkowska-j