GRAHAM MASTERTON
MANITOU
,,Zapytany jakiż jest Demona owego wygląd, prastary Czarnoksiężnik Misquamacus
zakrył twarz tak, że jeno Oczy jego widać było, po czem dał niezwykłą a
Szczegółową Relacje. Prawił, iż jest on czasem mały a masywny, jako Wielka
Ropucha, czasem zaś wielki i niby chmura; bez Kształtu lecz z obliczem, z
którego wyrastają Węże."
H. P. Lovercraft
Prolog
Zadźwięczał telefon. Nie podnosząc głowy doktor Hughes wysunął rękę w
poszukiwaniu aparatu. Jego dłoń przesunęła się przez stosy papierów, butelki
atramentu, gazety sprzed tygodnia i zgniecione pudełka po kanapkach; wreszcie
znalazła i podniosła słuchawkę.
Doktor Hughes przyłożył ją do ucha. Wyostrzona irytacją twarz upodabniała go do
wiewiórki, starającej się ukryć swoje orzechy.
- Hughes? Tu McEvoy.
- Słucham? Przykro mi, doktorze McEvoy, ale jestem bardzo zajęty.
- Nie chciałbym panu przeszkadzać, doktorze Hughes, ale mam tu pewną
pacjentkę... Powinna pana zainteresować. Hughes pociągnął nosem.
- Co to za pacjentka? - zapytał zdejmując okulary. - Proszę posłuchać, doktorze,
to bardzo uprzejme z pana strony, że mnie pan zawiadomił, ale mam tu górę
papierkowej roboty i naprawdę nie mogę...
McEvoy nie dawał się zbyć.
- Naprawdę uważam, że to pana zaciekawi. Interesują pana guzy, prawda? No, więc
mam tu guz nad guzy.
- Co w nim takiego niezwykłego?
- Jest zlokalizowany na karku. Pacjentka rasy kaukaskiej, dwadzieścia trzy lata.
Żadnych danych na temat poprzednich narośli nowotworowych, ani łagodnych, ani
złośliwych.
- Ten guz się porusza - oznajmił McEvoy. - Rusza się, jakby pod skórą było coś
żywego.
Hughes rysował długopisem kwiaty. Przez chwilę milczał marszcząc czoło, po czym
zapytał:
- Rentgen?
- Wyniki za dwadzieścia minut.
- Pulsacja?
- Na dotyk przypomina każdy inny guz. Tyle, że się wije.
- Próbował pan nacięcia? Może to zwykła infekcja.
- Wolę zaczekać na zdjęcia.
Hughes w zamyśleniu ssał koniec długopisu. Przebiegał w myślach karty wszystkich
medycznych książek, jakie w życiu czytał, szukając podobnego przypadku,
precedensu, czegokolwiek co by przypominało poruszającego się guza. Jakoś nie
potrafił niczego znaleźć. Może był zmęczony.
- Doktorze Hughes?
- Tak, jestem tutaj. Proszę posłuchać, która teraz godzina?
- Dziesięć po trzeciej.
- W porządku, doktorze. Zaraz schodzę na dół.
Odłożył słuchawkę i dłuższą chwilę przecierał oczy. Był dzień Świętego Walentego
i na zewnątrz, na ulicach Nowego Jorku, temperatura spadła do minus 10°C, a
ziemię pokrywała piętnastocentymetrowa warstwa śniegu. Pod pochmurnym,
stalowoszarym niebem samochody pełzły przed siebie niemal bezszelestnie.
Widziane z osiemnastego piętra Szpitala Sióstr Jeruzalem miasto jaśniało
tajemniczym blaskiem. Jakbym znalazł się na księżycu, pomyślał Hughes. Albo na
końcu świata. Albo w epoce lodowcowej.
Były jakieś problemy z ogrzewaniem, więc siedząc w świetle stołowej lampy nie
zdejmował płaszcza - wyczerpany młody człowiek w wieku trzydziestu trzech lat, z
nosem ostrym i spiczastym jak skalpel i zwichrzoną, ciemnobrązową czupryną.
Wyglądał raczej na młodocianego mechanika samochodowego niż na eksperta od
nowotworów złośliwych.
Drzwi gabinetu otworzyły się przed pulchną, białowłosą dziewczyną w założonych
nad czołem okularach w czerwonej oprawce. Niosła plik dokumentów i filiżankę
kawy.
- Jeszcze trochę papierów, doktorze Hughes. Pomyślałam, że przyda się panu też
coś na rozgrzewkę.
- Dziękuję ci, Mary - otworzył teczkę, którą przyniosła i mocniej pociągnął
nosem. - Jezu, co to za paskudztwo? Mam tu być konsultantem, a nie urzędasem.
Wiesz co? Zabierz to i daj doktorowi Ridgewayowi. On lubi papiery. Lubi je
bardziej niż ciało i krew.
Mary wzruszyła ramionami.
- Doktor Ridgeway kazał przekazać to panu.
Hughes wstał. W płaszczu przypominał Charlie Chaplina z "Gorączki złota".
Machnął teczką przewracając swą jedyną kartkę na Św. Walentego, którą - wiedział
- przysłała mu matka.
- No dobrze, przejrzę to później. Zjeżdżam na dół do doktora McEvoy. Ma tam
jakąś pacjentkę i chce, żebym ją obejrzał.
- Czy długo to potrwa, doktorze? - spytała Mary. - O szesnastej trzydzieści ma
pan zebranie.
Spojrzał na nią ze znużeniem, jak gdyby zastanawiał się, kim jest.
- Długo? Nie, nie przypuszczam. Tylko tyle, ile będzie trzeba.
Wyszedł z gabinetu na rozjaśniony świetlówkami korytarz. Szpital Sióstr
Jeruzalem był drogą, prywatną kliniką i nigdy nie pachniało tu niczym tak
funkcjonalnym jak karbol czy chloroform. Korytarze wyłożono grubym, czerwonym
pluszem, a na każdym rogu stały świeże kwiaty. Wyglądało to raczej na hotel,
jeden z tych, do których wyżsi urzędnicy w średnim wieku zabierają swoje
sekretarki na weekendy męczącego tarzania się w grzechu.
Hughes wezwał windę i zjechał na piętnaste piętro. Patrząc na swe odbicie w
lustrze doszedł do wniosku, że bardziej wygląda na chorego niż niektórzy z jego
pacjentów. Może wybrałby się na wakacje? Matka zawsze lubiła Florydę. Mogliby
też odwiedzić jego siostrę w San Diego. Minął dwie pary wahadłowych drzwi i
wszedł do gabinetu McEvoya. Doktor McEvoy był niewysokim, krępym mężczyzna,
którego białe fartuchy niezmiennie mocno cisnęły pod pachami, przywodząc na myśl
podwiązaną do operacji żyłę. Przypominającą księżyc w pełni twarz zdobił mały,
płaski nos Irlandczyka. Grywał w szpitalnej drużynie futbolowej, dopóki w ostrym
zwarciu nie pękła mu rzepka kolanowa. Od tamtej pory kulał - - nieco przesadnie.
- Cieszę się, że pan przyszedł - uśmiechnął się. - To naprawdę dziwny przypadek,
a wiem, że jest pan najlepszym specjalistą na świecie.
- Przesada - odparł Hughes. - Niemniej dziękuję za komplement.
McEvoy wsadził palec do ucha i pokręcił nim w zamyśleniu.
- Zdjęcia powinny być gotowe za pięć, dziesięć minut. Do tego czasu właściwie
nie wiem, co robić.
- Czy mógłbym zobaczyć pacjentkę? - spytał Hughes.
- Naturalnie. Siedzi w poczekalni. Na pańskim miejscu zdjąłbym płaszcz, bo
pomyśli, że ściągnąłem pana z ulicy.
Hughes odwiesił swoje sfatygowane okrycie i ruszył za McEvoyem do jasno
oświetlonej poczekalni. Na fotelach leżały kolorowe magazyny, w akwarium pływały
tropikalne rybki. Poprzez żaluzje wpadał niezwykły, metaliczny poblask spadłego
po południu śniegu.
W rogu, czytając numer "Sunset" siedziała szczupła, ciemnowłosa dziewczyna.
Miała pociągłą, delikatną twarz - jak elf, pomyślał Hughes. Ubrana była w prostą
sukienkę koloru kawy, przy której jej cera zdawała się trochę ziemista. Jedynie
pełna niedopałków popielniczka i chmura dymu w powietrzu wskazywały, że jest
zdenerwowana.
- Panno Tandy - odezwał się McEvoy. - To jest doktor Hughes, ekspert od tego
typu chorób. Chciałby tylko panią obejrzeć i zadać kilka pytań.
Panna Tandy odłożyła magazyn i spojrzała na nich.
- Oczywiście - powiedziała z wyraźnym akcentem Nowej Anglii. Z dobrej rodziny,
pomyślał Hughes. Nie musiał zgadywać czy jest bogata. Nikt nie przychodził się
leczyć do szpitala Sióstr Jeruzalem jeśli nie miał więcej gotówki niż można
zmieścić w dłoniach.
- Proszę się schylić - poprosił. Dziewczyna skłoniła głowę.
Odsunął jej włosy. Dokładnie w zagłębieniu szyi tkwiła gładka, kulista narośl
wielkości szklanego przycisku do papieru. Hughes przesunął po niej palcami.
Zdawała się mieć normalną strukturę łagodnego nowotworu włóknistego.
- Jak dawno pani to ma? - spytał.
- Dwa czy trzy dni - odparła. - Zamówiłam wizytę gdy tylko guz zaczai rosnąć.
Bałam się, że to... no, rak, czy coś takiego.
Hughes spojrzał na McEvoya i zmarszczył czoło.
- Dwa lub trzy dni? Jest pani pewna?
- Absolutnie. Dzisiaj jest piątek, prawda? No więc, wyczułam to gdy obudziłam
się we wtorek rano.
Hughes delikatnie ścisnął narośl. Była gładka i twarda, lecz nie wyczuwał
żadnych ruchów.
- Bolało? - zapytał.
- Czułam jakby łaskotanie, ale nic więcej.
- Czuła to samo, gdy ja to ścisnąłem - wtrącił McEvoy.
Hughes puścił włosy dziewczyny pozwalając jej się wyprostować. Przysunął sobie
fotel i zaczął notować na jakimś znalezionym w kieszeni świstku papieru.
- Jak duży był guz, kiedy go pani zauważyła?
- Bardzo mały. Wydaje mi się, że mniej więcej wielkości
fasoli.
- Czy rósł przez cały czas, czy tylko w niektórych porach?
- Mam wrażenie, że tylko w nocy. To znaczy, każdego ranka kiedy się budzę, jest
większy. Hughes wyrysował staranny zygzak.
- Czy czuje go pani normalnie? To znaczy, czy czuje go pani teraz?
- Jak każdy normalny guz. Ale czasem wydaje mi się, że się porusza.
W ciemnych oczach dziewczyny było więcej lęku, niż w jej głosie.
- To jest tak - mówiła wolno - jakby ktoś próbował ułożyć się wygodnie w łóżku.
Wie pan, kręci się przez chwile, a potem dłuższy czas leży nieruchomo.
- Jak często się to zdarza?
Była zdenerwowana. Musiała wyczuć w głosie Hughesa zdumienie i to ją
zaniepokoiło.
- Trudno powiedzieć. Może cztery, pięć razy dziennie. Hughes zanotował coś i
przygryzł wargę.
- Panno Tandy, czy zauważyła pani jakieś zmiany stanu zdrowia podczas ostatnich
kilku dni, odkąd ma pani tego guza?
- Jestem trochę zmęczona. Chyba nie sypiam zbyt dobrze. Ale nie straciłam na
wadze ani nic takiego.
- Hmm - Hughes zapisał jeszcze coś i przez chwilę przypatrywał się swoim
notatkom. - Jak dużo pani pali?
- Zwykle nie więcej niż pół paczki dziennie. Nie jestem nałogowcem. Teraz się
denerwuję.
- Robiła niedawno rentgena - wtrącił McEvoy. - Płuca są czyste.
- Panno Tandy - spytał Hughes. - Czy mieszka pani sama? I gdzie pani mieszka?
- Z ciotką, na 82 Ulicy. Pracuję dla firmy płytowej jako asystent. Chciałam
znaleźć własne mieszkanie, ale rodzice uznali, że lepiej będzie, jeśli na pewien
czas zamieszkam z ciotką. Ma sześćdziesiąt dwa lata. To cudowna starsza pani.
Znakomicie się rozumiemy.
Hughes opuścił wzrok.
- Proszę mnie źle nie zrozumieć, ale chyba wie pani, że muszę o to spytać. Czy
pani ciotka cieszy się dobrym zdrowiem i czy mieszkanie jest czyste? Czy nie
występuje tam groźba infekcji, na przykład karaluchy, zatkane ścieki czy odpadki
żywności?
Panna Tandy uśmiechnęła się, po raz pierwszy odkąd Hughes ją zobaczył.
- Ciotka jest zdrową osobą, doktorze Hughes. Zatrudnia sprzątaczkę w pełnym
wymiarze godzin i pokojówkę do pomocy przy gotowaniu i dla towarzystwa.
Hughes pokiwał głową.
- Dobrze. Na razie na tym poprzestańmy. Doktorze McEvoy, może zobaczymy, co z
tymi zdjęciami?
Wrócili do gabinetu i usiedli. Dr McEvoy włożył sobie do ust kawałek gumy do
żucia.
- l co pan o tym sądzi doktorze?
- Na razie nic nie sądzę - odparł z westchnieniem Hughes.
- Ten guz rozrósł się w ciągu dwóch czy trzech dni, a nie słyszałem jeszcze o
nowotworze, który by był do tego zdolny. No i to wrażenie ruchu. Czy pan też
wyczuł, że guz się porusza?
- Owszem. Drobne drgnięcia, jakby coś tam było pod skórą.
- Może powodują to ruchy szyi. Dopóki nie obejrzymy zdjęć, trudno cokolwiek
powiedzieć.
Przez kilka minut siedzieli w milczeniu. Ze wszystkich stron przesączały się do
pokoju szpitalne odgłosy. Hughes był zmarznięty, zmęczony i zastanawiał się,
kiedy będzie mógł wrócić do domu. Ostatniej nocy nie spał do drugiej nad ranem
zmagając się z dokumentacją i statystyką, a dzisiejsza nie zapowiadała się
lepiej. Pociągnął nosem wpatrując się w swój znoszony, brązowy but.
Po pięciu czy sześciu minutach do gabinetu weszła radiolog, wysoka Murzynka,
całkowicie pozbawiona poczucia humoru. Niosła dużą, brązową kopertę.
- Co o tym powiesz, Seleno? - spytał McEvoy biorąc od niej kopertę. Podszedł do
podświetlanego ekranu w kącie pokoju.
- Zupełnie nie wiem, doktorze. Jedno jest całkiem oczywiste - że to nie ma
żadnego sensu.
McEvoy wyjął czarną, rentgenowską kliszę, przypiął ją do ekranu i włączył
światło. Zobaczyli obraz tylnej części czaszki panny Tandy, z boku. Guz był na
miejscu - duża, szarawa narośl. W jego wnętrzu, zamiast typowego włóknistego
rozrostu, tkwił nieduży, splątany węzeł tkanki i chrząstek.
- Spójrzcie tutaj - McEvoy wskazał końcem długopisu.
- Wygląda to na rodzaj korzeni, kostnych korzeni, przytrzymujących guz przy
szyi. Co to może być, do diabła?
- Nie mam bladego pojęcia - odparł Hughes. - Nigdy czegoś podobnego nie
widziałem. To w ogóle nie przypomina guza.
McEvoy wzruszyl ramionami.
- No dobrze, to nie jest guz. Więc co?
Hughes przyjrzał się zdjęciu z bliska. Mały kłębek kości i tkanki był zbyt
bezkształtny i niewyraźny, by dało się coś rozpoznać. Można było zrobić tylko
jedno - operować. Wyciąć to i zbadać dokładnie. A biorąc pod uwagę tempo
wzrostu, im szybciej, tym lepiej.
Hughes podszedł do biurka i podniósł słuchawkę telefonu.
- Mary? Słuchaj, jestem jeszcze na dole u doktora McEvoya. Czy mogłabyś
sprawdzić, kiedy doktor Snaith będzie miał wolny termin na operację? Mam tu coś,
co wymaga szybkiego działania... Zgadza się... Tak, guz. Ale bardzo złośliwy i
jeśli nie będziemy operować szybko, mogą być problemy. Tak jest. Dzięki.
- Złośliwy? - zdziwił się McEvoy, - Skąd wiemy, że jest złośliwy?
Hughes pokręcił głową.
- Nie wiemy. Ale dopóki nie da się stwierdzić, czy jest niebezpieczny czy
nieszkodliwy, będę zakładał, że jest niebezpieczny.
- Chciałbym tylko wiedzieć co to jest, u diabła - stwierdził ponuro McEvoy. -
Przejrzałem cały słownik medyczny i niczego takiego tam nie ma.
- Może to nowa choroba - Hughes mimo zmęczenia zdobył się na uśmiech. - Może
nazwą ją pańskim nazwiskiem. Syndrom McEvoya. Wreszcie sława. Zawsze chciał pan
być sławny, prawda?
- Teraz wystarczyłaby mi kawa i kanapka z wędliną. Nagrodę Nobla mogę dostać w
każdej chwili. Zabrzęczał telefon, Hughes podniósł słuchawkę.
- Mary? Dobrze. Znakomicie... Tak, bardzo dobrze. Przekaż doktorowi Snaithowi
podziękowania.
- Jest wolny? -- spytał McEvoy.
- Jutro o dziesiątej rano. Pójdę i powiem pannie Tandy.
Przeszedł przez podwójne drzwi do poczekalni, gdzie panna Tandy paliła kolejnego
papierosa i niewidzącym wzrokiem wpatrywała się w rozłożony na kolanach magazyn.
- Panno Tandy? Gwałtownie podniosła głowę.
- Tak?
Hughes przysunął krzesło i usiadł obok niej splatając dłonie. Starał się
wyglądać poważnie, spokojnie i godnie, by zmniejszyć jej wyraźny lęk. Był jednak
tak zmęczony, że udało mu się tylko sprawić wrażenie chorego.
- Panno Tandy, moim zdaniem musimy operować. Nie wydaje się, by ta narośl dawała
powody do zmartwienia, ale przy tym tempie wzrostu wolałbym usunąć ja
najszybciej, jak to tylko możliwe. Sądzę, że pani także.
Podniosła rękę na kark, opuściła ją i kiwnęła głową.
- Rozumiem. Naturalnie.
- Czy mogłaby pani zjawić się tutaj jutro około ósmej rano? Doktor Snaith usunie
pani tę narośl o dziesiątej. Doktor Snaith to świetny chirurg i ma wieloletnie
doświadczenie z podobnymi guzami.
Panna Tandy spróbowała się uśmiechnąć.
- To bardzo miło z pana strony. Dziękuję.
- Nie ma za co - Hughes wzruszył ramionami. - Wykonuję tylko swój zawód.
Naprawdę nie sądzę, by miała się pani czym martwić. Nie będę udawał, że pani
stan jest całkiem normalny, bo nie jest. Ale częścią naszej profesji jest
właśnie zajmowanie się niezwykłymi przypadkami. Przyszła pani we właściwe
miejsce.
Dziewczyna zgasiła papierosa i zebrała swoje rzeczy.
- Czy będzie mi potrzebne coś specjalnego? - spytała. - Parę nocnych koszul,
przypuszczam, i coś do okrycia? Hughes skinął głową.
- Niech pani weźmie także kapcie. Nie będzie pani tak całkiem przykuta do łóżka.
- Dobrze - odparła. Hughes odprowadził ją do drzwi. Patrząc, jak szybkim krokiem
idzie korytarzem do windy myślał, jaka jest szczupła, młoda i podobna dp elfa.
Nie należał do tych lekarzy, którzy myślą o pacjentach jedynie w kategoriach
jednostek chorobowych - jak doktor Pawson, specjalista chorób płuc, pamiętający
poszczególne przypadki długo po tym, jak zapomniał związane z nimi twarze. Życie
to coś więcej niż nieskończona parada guzów i narośli. Przynajmniej taką miał
nadzieję.
Stał ciągle na korytarzu, gdy McEvoy wystawił zza drzwi swoją okrągłą twarz.
- Niech pan wejdzie na chwilę i spojrzy.
Ociężałym krokiem wszedł do gabinetu. Podczas jego rozmowy z panną Tandy, McEvoy
przeglądał swoje książki. Biurko zaścielały wykresy i zdjęcia rentgenowskie.
- Znalazł pan coś?
- Nie wiem. Rzecz wydaje się tak samo bezsensowna, jak wszystko inne w tej
sprawie.
Podał mu gruby podręcznik otwarty na stronie pełnej schematów i diagramów.
Hughes zmarszczył brwi i przyjrzał im się uważnie. Potem podszedł do ekranu i
jeszcze raz przestudiował zdjęcia czaszki panny Tandy.
- To wariactwo - stwierdził.
McEvoy stanął przy nim opierając ręce na biodrach.
- Ma pan rację - kiwnął głową. - Wariactwo. Ale musi pan przyznać, że wygląda
bardzo podobnie. Hughes zamknął książkę.
- Ale nawet jeśli ma pan rację... w ciągu dwóch dni?
- Cóż, jeśli coś takiego jest możliwe, to wszystko jest możliwe.
Dwaj lekarze stali w gabinecie na piętnastym piętrze szpitala, patrzyli z
pobladłymi twarzami na zdjęcie i żaden nie wiedział, co powiedzieć.
- Może to mistyfikacja? - mruknął w końcu McEvoy.
- Niemożliwe - Hughes pokręcił głową. - W jaki sposób? I po co?
- Nie wiem. Ludzie wymyślają takie rzeczy z najdziwniejszych powodów.
- Mógłby pan podać choć jeden? McEvoy skrzywił się.
- A może pan uwierzyć, że to prawda?
- Nie wiem - odrzekł Hughes. - Może i prawda. Może to ten jedyny naprawdę
prawdziwy przypadek na milion.
Znów otworzyli książkę i przestudiowali zdjęcie, l im dłużej porównywali rysunek
z guzem panny Tandy, tym więcej odkrywali podobieństw.
Zgodnie z "Ginekologią kliniczną" kłębek chrząstek i tkanki, który panna Tandy
nosiła na karku, był ludzkim embrionem. Jego rozmiar sugerował wiek około ośmiu
tygodni.
ROZDZIAŁ 1
Z GŁĘBIN NOCY
Jeżeli wydaje się wam, że być jasnowidzem to lekki kawałek chleba, spróbujcie
sami wymyślić piętnaście przepowiedni dziennie po 25 dolców za każdą.
Zobaczycie, czy długo będzie się wam to podobać.
W chwili, gdy Karen Tandy rozmawiała z dr Hughesem i dr McEvoyem w Szpitalu
Sióstr Jeruzalem, ja -- przy pomocy kart Tarota - odkrywałem przed panią
Winconis jej najbliższe perspektywy.
Siedzieliśmy w moim mieszkaniu na Dziesiątej Alei, przy pokrytym zielonym suknem
stoliku i zaciągniętych szczelnie zasłonach. Kadzidło tliło się sugestywnie w
rogu, a moja podrabiana na antyk lampa naftowa rzucała należycie tajemnicze
cienie. Pani Winconis była pomarszczona i stara. Pachniała stęchłymi perfumami i
lisim futrem. Przychodziła prawie w każdy piątek, wieczorem, po szczegółową
przepowiednię na najbliższe siedem dni.
Kiedy rozkładałem karty w krzyż celtycki, wierciła się, wzdychała i wpatrywała
we mnie jak zżarty przez mole gronostaj czujący łup. Wiedziałem, że kona z chęci
zapytania co widzę, nigdy jednak nic nie mówiłem, dopóki całość nie leżała na
stoliku. Im więcej napięcia, tym lepiej. Musiałem odegrać cały spektakl
marszczenia czoła, westchnień, przygryzania warg i demonstrowania, że nawiązuję
kontakt z siłami spoza tego świata. W końcu za to właśnie płaciła 25 dolarów.
Nie potrafiła jednak oprzeć się pokusie. Kiedy ułożyłem ostatnią kartę pochyliła
się do przodu i spytała:
- Co mówią karty, panie Erskine? Co pan widzi? Czy jest coś o Tatuśku?
"Tatuśkiem" nazywała pana Winconis, grubego, starego dyrektora supermarketu,
który palił jedno cygaro po drugim i nie wierzył w nic bardziej metafizycznego
niż pierwsza trójka na torze Aqueduct. Pani Winconis nigdy nic takiego nie
sugerowała, znać jednak było po sposobie mówienia, co jest największą nadzieją
jej życia: że serce Tatuśka odmówi wreszcie posłuszeństwa, a jej przypadnie
fortuna Winconisów.
Spojrzałem na karty ze zwykłym, dopracowanym do perfekcji wyrazem koncentracji.
Wiedziałem o tarocie tyle co każdy, kto zadał sobie trud przeczytania książki
"Tarot dla początkujących". To styl się liczył. Jeśli ktoś chce być mistykiem,
co jest znacznie łatwiejsze niż zostać sekretarką w agencji reklamowej,
instruktorem na letnim obozie czy przewodnikiem wycieczek autobusowych, to
przede wszystkim musi wyglądać na mistyka.
...
majkam071