Roberts Nora - Zorza polarna.pdf

(1657 KB) Pobierz
255850020 UNPDF
NORA ROBERTS
ZORZA POLARNA
Ciemność
Skończ to, miła pani.
Dzień jasny minął i dążymy w mroki.
WILLIAM SZEKSPIR (przeł. Maciej Słomczyński)
O ciemno, ciemno, choć blask południowy. Nigdy nowego dnia już nie zobaczą, Noc
czarna, wieczna noc mnie otoczyła
I nigdy już się nie zmieni!
JOHN MILTON (przeł. Władysław Bartkiewicz)
PROLOG
Zapiski z wyprawy, 12 lutego 1988 r.
W samo południe wylądowaliśmy na Sun Glacier. Podczas lotu pozbyłem się
francowatego kaca, a roztaczające się wokół widoki przywołały mnie do rzeczywistości.
Niebo czyste, błękitne jak kryształ. Tego typu błękit wciskają na widokówki, a chcąc jeszcze
bardziej skusić turystów, dodają delikatną mgiełkę wokół zimnego, białego słońca. Zakładam,
że to dobry znak i rzeczywiście powinienem wybrać się na wspinaczkę. Wiatr wieje z
prędkością około dziesięciu węzłów, balsamiczne powietrze może mieć około dwudziestu
stopni poniżej zera. Lodowiec jest szeroki jak dupa Kurwiastej Kate i zimny jak jej serce.
Muszę przyznać, że Kate ładnie nas wczoraj pożegnała. Nawet dała nam coś, co
można by nazwać grupową zniżką.
Nie mam pojęcia, co my tu, do diabła, robimy, chociaż z drugiej strony każdy
człowiek musi gdzieś być i coś robić. Zimowa wspinaczka na No Name jest tak samo dobra
jak wszystko inne, a może nawet lepsza.
Mężczyzna musi od czasu do czasu wybrać się na tygodniową wyprawę w
poszukiwaniu przygód, jednak pod warunkiem, że owe przygody nie mają nic wspólnego z
alkoholem i rozwiązłymi kobietami. Jakże inaczej można doceniać alkohol i kobiety, jeśli
czasem się od nich nie ucieknie?
Fakt, że spotkałem dwóch równie narwanych jak ja kumpli, nie tylko przyniósł mi
szczęście w kartach, ale również znacznie poprawił mi nastrój. Niewiele rzeczy działa na
mnie tak odpychająco jak normalna robota za dniówkę, czyli zwyczajny kierat typowych
wołów roboczych, ale muszę przyznać, że pewna pani umie pociągnąć za odpowiednie
sznurki.
Nieoczekiwanie wpadło mi w ręce nieco gotówki, co powinno usatysfakcjonować
moje dziewczyny, uważam więc, że teraz mam prawo urządzić sobie kilkudniową wyprawę z
kumplami, zrobić coś tylko dla siebie.
Muszę sobie przypomnieć, że wciąż jeszcze żyję, a czyż jest lepszy sposób na to niż
zmaganie się z naturą i bezsensowne ryzykowanie życia albo kończyn w towarzystwie innych
mężczyzn? W dodatku robienie tego z czystej głupoty, nie za pieniądze, nie z obowiązku i nie
dlatego, że jakaś kobieta koniecznie chce sprawdzić, czy aby na pewno jestem facetem z
jajami, świadczy o tym, że jeszcze tli się we mnie jakaś iskierka.
Na Alasce robi się coraz tłoczniej. Drogi biegną tam, gdzie niegdyś w ogóle ich nie
było, ludzie mieszkają na bezludnych dotychczas terenach. Kiedy przyjechałem tu po raz
pierwszy, zaludnienie było znacznie mniejsze, a cholerni stanowi nie wtykali nosa w nie
swoje sprawy.
Jakieś zezwolenie na wspinaczkę? Na wędrówkę po górach? Chrzanić zezwolenie i
chrzanić stanowych, ich przepisy i papierki! Góry stały tu wcześniej, nim pieprzeni biurokraci
wymyślili, w jaki sposób zbić na nich majątek. I będą stały nadal, gdy urzędnicy powędrują
do piekła.
Tymczasem jestem tutaj, na ziemi, która nie należy do nikogo. Święta ziemia nie może
do nikogo należeć.
Gdyby tylko był jakiś sposób, żeby można było zamieszkać na tej górze, rozbiłbym na
niej namiot i nigdy nie schodził w dolinę. Niestety, niezależnie od tego, czy ktoś uważa tę
ziemię za świętą, czy nie, jest w stanie zabić człowieka, co więcej, potrafi zrobić to
bezlitośnie i o wiele szybciej niż najbardziej dokuczliwa żona.
Postanowiłem więc spędzić tu tydzień w towarzystwie mężczyzn, którzy myślą
podobnie jak ja, wspinając się na szczyt, który nie ma nazwy i wznosi się nad miasteczkiem,
nad rzeką i jeziorami, na granicy, którą wymyślili urzędnicy. Wyznaczyli ją na ziemi, która
drwi z ich mizernych prób ujarzmienia i zachowania w nienaruszonym stanie.
Alaska nie należy do nikogo, sama sobie jest panią, niezależnie od tego, ile pojawi się
na niej dróg, znaków i przepisów. To ostatnia z dzikich kobiet i Bóg ją za to kocha. Ja też.
Nim zdążyliśmy założyć bazę, słońce schowało się za majestatycznymi szczytami, a
my zanurzyliśmy się w typowo zimowej ciemności. Stłoczeni w namiocie, najedliśmy się do
syta, wypaliliśmy trawkę i pogadaliśmy o jutrze.
Jutro czeka nas wspinaczka.
W drodze do Lunacy, 28 grudnia 2004 r.
Ignatious Burke leciał między ośnieżonymi zboczami gór w stronę miasteczka
zwanego Lunacy. Tkwił uwięziony w trzęsącej się puszce na zupę, beztrosko nazywanej
przez niektórych samolotem, a za skutą lodem szybą dmuchał lodowaty wiatr. W takich oto
warunkach doznał nagle olśnienia.
Wcale nie był tak przygotowany na śmierć, jak mu się wydawało.
Była to potworna myśl, zwłaszcza że jego los spoczywał w rękach obcego człowieka,
który miał na sobie kanarkowo - żółtą, watowaną kurtkę i niemal całkowicie ukrywał twarz w
fałdach pomarszczonej skóry.
Na lotnisku w Anchorage sprawiał wrażenie dobrego pilota, ale pewnie tylko dlatego,
że najpierw serdecznie uścisnął dłoń Nate'a, a dopiero potem wskazał kciukiem puszkę na
zupę ze śmigłami.
- Mów mi Palant - zaproponował.
Wtedy Nate po raz pierwszy poważnie się zaniepokoił.
Co za idiota wsiada do fruwającej puszki, którą pilotuje facet zwany Palantem?
Niestety, o tej porze roku jedynym pewnym sposobem dostania się do Lunacy był
samolot. Tak przynajmniej twierdziła pani burmistrz Hopp, kiedy Nate omawiał z nią
szczegóły podróży.
Samolot ostro skręcił wprawo. Czując ucisk w żołądku, Nate zaczął się zastanawiać,
jak pani burmistrz Hopp rozumie słowo „pewny”.
W końcu doszedł do wniosku, że to i tak nie ma większego znaczenia. Życie lub
śmierć - czymże to jest wobec wieczności? Kiedy w Baltimore - Washington wchodził na
pokład ogromnego odrzutowca, uznał, że tak czy inaczej jego życie powoli dobiega kresu.
Policyjny psychoanalityk radził Nate'owi, żeby nie podejmował ważnych decyzji, póki
nie pokona depresji, mimo to bez żadnego konkretnego powodu złożył podanie o stanowisko
komisarza policji w Lunacy. O wyborze zadecydował fakt, że nazwa miejscowości wydała
mu się jak najbardziej odpowiednia. W końcu „lunacy” to szaleństwo, obłęd.
Przyjmując stanowisko, jedynie wzruszył ramionami w geście, który mówił: „A kto by
się tym przejmował”.
Teraz jednak, walcząc z mdłościami i drżąc z powodu nagłego olśnienia, Nate zdał
sobie sprawę, że nie tyle martwi go sama śmierć, co sposób, w jaki mógłby zginąć. Po prostu
nie chciał rozstawać się z tym światem, pakując się w pieprzonym mroku w zbocze góry.
Gdyby został w Baltimore, słuchał rad psychoanalityka i zwierzchników, mógłby
przynajmniej wykonywać swoje obowiązki. To nie byłoby wcale takie straszne.
Prawda wyglądała tak, że w którymś momencie po prostu go poniosło i oddał
legitymację. Być może nie spalił za sobą mostów, ale z pewnością je podpalił, a teraz skończy
marnie jako krwawa plama gdzieś w górach Alaski.
- Tam zawsze trochę telepie - wyjaśnił Palant z typowo teksaskim akcentem. Nate
przełknął kluchę, która utkwiła mu w gardle.
- Ale tu jest lepiej.
Palant uśmiechnął się i puścił do Nate'a perskie oko.
- To był pikuś. Powinien pan zobaczyć, co się dzieje przy czołowym wietrze.
- Dziękuję, nie skorzystam. Ile drogi nam jeszcze zostało? - Niedużo.
Samolocik podskakiwał i drżał. Nate poddał się i zamknął oczy. Modlił się, żeby przed
niezbyt dostojną śmiercią wcześniej nie obrzygać sobie butów.
Nigdy więcej nie wsiądzie do samolotu. Jeśli przeżyje, wyjedzie z Alaski... albo
Zgłoś jeśli naruszono regulamin