Marek R. Falzmann Agent - To nie maszyna ale człowiek dobiera kandydatów. - Wolę maszynowe obliczenia, praktyka dowiodła... - Praktyka dowiodła, że to jest niewiele warte. Wybiera komisja, i to nawet nie eks- perci. Grupa ludzi cile powišzanych z Centrum Administracji Układu. Urzędnicy Departa- mentu Planowania i Zarzšdzania. Towarzystwo wzajemnej adoracji. Jak każda administracja. - To sš organy szczštkowe, nasze społeczeństwo nie potrzebuje cugli i bata. - Kiedy, być może, tak się stanie. Ale obecnie bardzo by nam się przydał dobrze roz- winięty system administracyjny w obrębie Układu Słonecznego. - Przecież istnieje system liczbowy porzšdkujšcy hierarchię ważnoci i w ramach tego systemu funkcjonuje społeczeństwo złożone z czterdziestu miliardów jednostek. W tym osiemdziesišt procent to ludzie z Numeratorem większym od zera. Nikt, kto otrzymał stopień zerowy nie wymaga kontroli i praktyka dowiodła... - Prawda, wszystko to prawda, ale osiemdziesišt procent kreatorów nauki, siłš rzeczy, poprzez swojš liczbę stanowi zagrożenie dla reszty społeczeństwa. - Problem kast? To zostało odrzucone. - Nie w tym rzecz. Znasz rozkład statystyczny ukierunkowań naukowych? Znasz. A wiesz ilu mamy socjologów? Wiesz. Mamy cztery instytuty, każdy po sto kilkadziesišt osób. Jedyna dziedzina nauki, w której można według litery prawa tylko teoretyzować. Wszelkie dowiadczenia... - Dobrze. Nie wiem nadal o co tutaj chodzi, ale jeżeli to ma zwišzek z socjologiš mo- żecie dysponować mojš osobš. - Tak sšdziłem. Byłe przecież w górnej dziesištce na Uniwersytecie. Do dzisiaj twoje prace dyplomowe sš fundamentem dla badań modelowych na szóstym i siódmym roku. Wszyscy żałujš twojego odwrotu w stronę czystej techniki. - Życie kreatora to albo teoria, albo... - Rozumiem. To sš rozterki wieku dojrzewania psychicznego. Sam majšc czterdzieci szeć lat spakowałem walizkę i... o zgrozo, wylšdowałem w Centrum Administracji. Jako matematyk i logik byłem szeregowym kreatorem. Tutaj jestem zwykłym mierdzšcym urzę- dasem, ale liczby majš dla mnie kształt realny, sš wręcz namacalne. Praca tutaj - jest podła,. niewdzięczna, wyjštkowo trudna i odpowiedzialna. Wytrzymujš tylko ci, którzy robiš to z powołania. Zrozumiałem to kiedy na kolejnym Zjedzie Delegatów Naukowych postano- wiono przenieć Centrum Administracji z Ziemi na Marsa. Z omiuset tysięcy pracowników zostało tylko szeć tysięcy. Reszta złożyła rezygnację. Długo zastanawialimy się czy nie zlikwidować tej archaicznej z założenia Instytucji jakoby użytku publicznego. Przecież nie ma nic bardziej poniżajšcego i uwłaczajšcego niż funkcja nadzorcy, funkcja kierownika. Nikt z nas nie pragnšł być człowiekiem z batem, ale zrozumienie procesów kontroli i sterowania wyrobione latami praktyki dawało nam pewnoć, że w społeczeństwie ewoluujšcym (jakim jest ludzkoć) cišgle jeszcze potrzebny jest kto spełniajšcy rolę koordynatora, katalizatora i kreatora, pozytywnych w naszym odczuciu zjawisk społecznych. Mówię o tym nie bez po- wodu, ponieważ z chwila kiedy staniesz się naszym człowiekiem będzie cię obowišzywał okrelony sposób mylenia i postępowania. Wiesz o tym, że poza Centrum nie istnieje żaden rygor władzy lub posłuszeństwa. Dotyczy to kolonii gwiezdnych i w obrębie Układu Słonecz- nego ludzi z Numeratorem zero. To jest jednak forma kasty. Bo rygor władzy i posłuszeństwa w pełnym wymiarze obowišzuje tylko tych, których Numerator jest wyższy od pięciu. Czy nie zastanawiałe się nigdy kim sš ludzie o tak wysokim numerze? Przecież każde dziecko w dniu urodzin dostaje pištkę, a potem drogš naturalnej selekcji awansuje, by wreszcie otrzymać upragniony Zielony Kršg i Srebrne Zero. Jak to się dzieje, że dziecko, będšce jesz- cze w kołysce pištkš, w wieku dojrzałym ma Numerator szóstkę lub dziesištkę? Nie odpo- wiesz mi na to. O tym socjologowie nie lubiš mówić. To jest ich czuły punkt. Mam rację? - Dobrze, jeste cholernym mšdralš Wielki Administratorze i masz cholernie dużo ra- cji... - Spokojnie Teodoryku. Zostaw trochę adrenaliny na gorsze czasy. Na Ziemi będziesz jej jeszcze potrzebował. Leżałem wsparty na portowym kontenerze. Pomieszczenie służšce do przewożenia paczek i listów było paskudnie duszne i słabo owietlone, ale miało jeden wielki plus w postaci zamka, który mogłem zablokować od wewnštrz. Dlaczego wędrowałem na Ziemię jako żywnoć, a niejako inspektor Centrum Administracji i Zarzšdzania? Chyba bałem się o powodzenie mojej misji, a może bałem się o siebie. Przed odlotem Szef dał mi do przeczy- tania mały notatnik z odręcznymi zapiskami. - Tego, co tutaj napisano nigdzie nie znajdziesz w oficjalnych publikacjach, ale to wszystko jest prawdš - naszš prawdš. - Przemyl sobie to wszystko i nie rób głupstw. Potrze- bujemy za wszelkš cenę prawdziwych danych o tym, co dzieje się na Ziemi. Ale nie jest to warte ceny twojego życia - nie dokończył zdania tylko skinšł w stronę ukrytej w cianie pan- cernej szafy. Zrozumiałem. Tam za cianš w kilkunastu teczkach leżały karty informacyjne ludzi, którzy zniknęli. Naszych ludzi - inspektorów CAZ-u..- Nie ma obawy - powiedziałem - tym razem się uda. - Każdy to mówił - szef podał mi rękę i tyle go widziałem. Potem włożono mnie do kontenera z napisami Żywnoć. Nie rzucać. Pilne i odstawiono do kosmodromu. Mój kon- tener miał adres kierunkowy: Biuro Ewidencji Ludnoci - Księżyc Dwa. Ja jednak już w sortowni zmieniłem kontener. Wybrałem duży pojemnik o zbliżonej wadze, w którym transportowano puszki z próżniowymi grzybami. Zamiana i przekładanie puszek nie trwało pięciu minut. Byłem diabelnie spocony i zły, a zarazem zadowolony. W ten sposób mogłem dotrzeć o cały dzień wczeniej na Ziemię bez koniecznoci paradowania po Księżycu. Pyta- łem sam siebie, po jakie licho tak się wygłupiam. Lewe papiery, zmiana linii papilarnych, kieszenie pełne żelastwa. Potem robiłem krótkie podsumowanie ubiegłego roku i zaraz znaj- dowałem odpowied. Chciałem poznać prawdę i nie zmarnować szansy jakš dał mi szef. Dla wiata umarłem. Dla CAZ-u byłem tylko pionkiem. Ale dla siebie byłem zdecydowanym na wszystko naukowcem mylšcym jedynie o możliwociach sprawdzenia swoich teorii. Dwa- dziecia osiem lat nauki. Profesor Kreator majšcy w wieku lat trzydziestu Srebrne zero i żadnych szans na badania empiryczne. Czysta teoria! Tylko tyle mi pozostawiono. Socjo- log? Co to za dziedzina nauki? Takie pytania i kpišce spojrzenia mšdrali od astrofizyki czy egzobiologii raniły mój zawodowy honor. Kiedy przyjdš do nas na kolanach - powiedział szef - bo tylko my będziemy w stanie opanować ten chaos, już dzisiaj szykujemy kadry do przyszłej pracy. - Gdzie jest miejsce dla kosmosocjologii? - spytałem. - Tutaj! - odparł wska- zujšc swój fotel. Chyba wtedy kupił mnie naprawdę. Przestałem mieć skrupuły i zastrzeżenia. Było to rok temu. Teraz siedzę w obcym kontenerze, lecę obcš rakietš i rozważam co lepsze, wysiadka na dworcu czy oczekiwanie aż dostarczš mnie do domu towarowego. Doszedłem do wniosku, że lepszy będzie dom towarowy. Dużo ludzi, możliwoć zniknięcia w tłumie, żad- nych niedyskretnych automatów rejestrujšcych ciężar kontenera. Ale co z grzybami? Nie umiałem tego rozwišzać i wreszcie zasnšłem zmęczony. Z sennych majaków, w których ko- smate plechy dusiły mnie w imię dominacji fugoidów nad homoidami wyrwałem się dzięki budzikowi. Zabytkowy okršgły cykacz dzwonił niemiłosiernie głono zwiastujšc godzinę wyładunku. Odblokowałem zamek, wpełzłem do kontenera i skulony czekałem na samowyła- dunek. Nie było to jednak maszyna. To byli ludzie. - Te, Rudy, twoje smakołyki - usłyszałem cichy szept. - Zaraz to załatwię - drugi szept. Toczyli mnie gdzie po nierównym podłożu. - Ruszać się! - głony ryk i odgłos uderzenia wiadczyły, że tych dwóch kto pilnował. - Ale ci przylał - znów szept za cienkš cianš. - Zabiję go kiedy. - Wszystkich ich wyrżniemy... Numerowane małpoludy. Czułem, że pot cieknie mi po plecach i drżš mi dłonie. Ostatecznie też byłem srebrniakiem. - Idzie magazynier, pryskajmy - goršczkowe szarpnięcia za pokrywę wiadczyły, że mimo ryzyka próbowali jednak ukrać parę puszek. Chciałem zapobiec dekonspiracji, ale liski plastik wyrwał mi się z ršk. Zobaczyłem twarz szarš, le ogolonš, oraz oczy, które na mój widok zrobiły się zwierzęco dzikie. - Co jest? - odległy ryk spowodował, że ciężka pokrywa zatrzasnęła się gwałtownie o mało nie miażdżšc mi ciemienia. - Wszystko gra, panie magazynierze - padła odpowied. Tylko mi nie grzebać w pojemnikach, bo zastrzelę na miejscu! - ciężka pałka znaczšco uderzyła w bok mojego kontenera. - Co stoicie, ruszać się mierdziele! - Tak jest, panie magazynierze! - odgłos toczenia i przesuwania wiadczył, że wyładu- nek trwał nadal. Po paru minutach klapa kontenera uchyliła się i powtórnie zobaczyłem tam- tego. Tym razem nie patrzył na mnie, lecz gdzie w głšb magazynu. - Pryskaj kole - szepnšł - zaraz będš szukać kontrabandy. Dzisiaj jest dzień wyryw- kowej kontroli Urzędu Celnego... - Zatłukę cię ty złodzieju! - krzyk i odgłos uderzeń zlały się w jeden dwięk. Wysta- wiłem głowę. Mój informator leżał na ziemi kryjšc głowę w ramionach. Rozjuszony facet ubrany w zielony drelich wymachiwał karabinem szykujšc się do egzekucji. Jeden mój ruch i salę zaległa cisza. Teraz ten w zielonym leżał na ziemi i przebierał nieporadnie nogami. - Jak stšd wyjć? - spytałem stajšc nad pobitym ładowaczem. - Najlepiej kanałami - szepnšł tamten z trudem dwigajšc się z betonu. - Czy macie tutaj spalarkę do opakowań? - spytałem. - Jest - wskazał na odległy kšt magazynu. Dwignšłem zielonego i włożyłem go do kontenera. Zauważyłem, że miał numer szósty. - Dasz radę ić? - spytałem - widzšc, że rude włosy moje...
jarek03091966