I. Mała zgubaSą takie okresy w roku, gdy ulice miast i miasteczek zmieniają się nie do poznania. Jednym z takich pór jest grudzień. Wówczas to zwykle szare i przybrudzone alejki rozświetlone są blaskiem, bijącym z setki malutkich lampeczek, udekorowane metrami girland z ostrokrzewu czy świerka i dziesiątkami świątecznych drzewek. Uliczki zapełniają się tłumami, odżywają. Jedną z takich uliczek była magiczna Pokątna w centrum mugolskiego Londynu. Tętniący życiem pasaż handlowo – usługowy, przez wielu uznawany za jedno z najważniejszych miejsc w czarodziejskim świecie, przeobrażał się w okresie przedświątecznym w zapierająca dech w piersiach aleję. Ponad całym deptakiem rozciągały się girlandy z ostrokrzewu, oświetlane magicznie przez świetliki. Z magicznych lamp zwisały długie sople lodu, zabezpieczone czarami przed oderwaniem, a pod każdą z nich stała pięknie udekorowana choinka. Sklepy zaś kusiły klientów bajecznie kolorowymi wystawami, które wystawiane co roku nadal budziły zachwyt wśród tłumów, zupełnie jakby pokazano je po raz pierwszy. Harry Potter oderwał wzrok od wystawy Centrum Handlowego Eylopa, na której ustawiono przepiękną sowę śnieżną, i westchnął cicho. Mimo że żył w magicznym świecie od dwunastu lat i zdawało mu się, że znał każdą jego tajemnicę, to ów świat nigdy nie przestawał go zaskakiwać. Często taką miłą niespodziankę przeżywał właśnie w czasie okresu przedświątecznego. Minął rozbawioną grupkę nastolatków, dyskutujących na temat możliwości najnowszej miotły ścigającej, i wszedł do sklepu z markowym sprzętem quiddicha. Święta miały to do siebie, że zazwyczaj trzeba było się porządnie naszukać, zanim kupiło się odpowiedni podarunek. Harry - jak większość mężczyzn - nienawidził robić zakupów, niezależnie od tego, czy były to prezenty świąteczne, czy też najzwyklejsze spożywcze rzeczy. Co więcej, cała ta świąteczna gorączka drażniła go niemiłosiernie, przez co zakupy były dla niego jeszcze większą udręką. Jedyne, co pozwalało mu się wówczas zrelaksować to quiddich, a jeśli do tego miał kupić prezent z nim związany, to humor poprawiał mu się stukrotnie. Przez kilka chwil oglądał z zainteresowaniem najnowsze modele stroju brytyjskiej reprezentacji quiddicha, ścigających miótł i kompletu kart z najlepszymi graczami wszechczasów, wystawionych w gablotach, by w końcu podejść do lady. - Czym mogę panu służyć? – spytał starszy czarodziej, odziany w zieloną szatę w złote znicze. - Poproszę „Technikę latania” – odpowiedział klient. Dziesięć minut później Harry opuścił sklep z grubą księgą pod pachą. Starał się nie patrzeć na zdjęcie Kruma, który był autorem tej serii. Na myśl o Bułgarze od razu ogarniała go chęć rozbicia czegoś. Nie dość, że nie pokonał go na boisku, to jeszcze odważył się tak perfidnie zranić jego najlepszą przyjaciółkę. I mimo że od rozstania Hermiony z Wiktorem minął rok, dziewczyna wciąż nie mogła się pozbierać. Zacisnął mocno zęby i przyspieszył kroku. Z granatowego nieba zaczęły prószyć małe, puchate płatki śniegu; opadając na girlandy, przewieszone ponad brukowaną ulicą, mieniły się w świetle latarni niczym małe diamenty. - Dzięki Merlinowi, że mamy magię – mruknął pod nosem, obserwując płatki, które osądzały się na świerkowych gałązkach, by po chwili stopnieć. Odwrócił wzrok od białego puchu i przeszedł na drugą stronę ulicy. Minął sklep papierniczy i wstąpił do „Esów i Floresów”, księgarni, znajdującej się nieopodal, aby kupić prezent dla Hermiony i czarodziejskie świąteczne torebki (mugolskie wydawały mu się zbyt nudne). Gdy półtorej godziny później opuszczał butik Madame Malkin – Szaty na wszystkie okazje z prezentem dla Ginny, miał już wszystko, prócz słodyczy. Przez chwilę stał na chodniku, ignorując ciekawskie spojrzenia przechodniów i zastanawiając się, czy nie odłożyć ich zakupu do jutra, ale w końcu stwierdził, że pewnie i tak nie znalazłaby na to czasu. Po pierwsze dlatego, iż jutro ma dyżur w Ministerstwie, a po drugie obiecał Hermionie i Ginny, że pomoże im piec ciasta na świąteczny obiad w „Norze”. Z Cichym jękiem poprawił pakunki i ruszył w stronę Magicznych Słodkości, jedynego sklepu na Pokątnej, w którym sprowadzano niektóre słodycze z Hogsmeade. Wystrój tej cukierni był identyczny z Miodowym Królestwem: regały, stojące pod ścianami były wyłożone od podłogi po sam sufit różnymi smakołykami, a samo pomieszczenie było pomalowane w radosne pastelowe kolory. Jedyną rzeczą, której nie można było znaleźć w hogsmeadzkim królestwie słodyczy był magiczny automat z gorącą czekoladą, którą uwielbiali wszyscy, odwiedzający czarodziejską ulicę. Nic więc dziwnego, że sklep był strasznie zatłoczony i trudno było się przecisnąć przez gęsty tłum. Harry jęknął cicho na widok kolejki do kasy. Kolejki były jeszcze jednym powodem, dla którego nienawidził robić zakupów; zwykle to on przyciągał w nich największą uwagę. I choć przyzwyczaił się do tego, że jest rozpoznawany na każdym kroku i że wszyscy wpatrują się w jego czoło, to jednak nadal go to irytowało. Zacisnął mocno zęby, przełożył zakupy do lewej ręki i wziął wiklinowy koszyczek, stojący przy wejściu. Następnie ruszył ku regałom. Dudley byłby zapewne zachwycony, widząc, ile smakołyków wkłada do koszyka i zapewne zapragnąłby dorzucić więcej, jednak Harry`ego to nie obchodziło. Od czasu zakończenia wojny nie utrzymywał kontaktów z Dursleyami, i, co więcej, nie chciał utrzymywać. Nigdy nie czuł się z nimi związany, a oni odpłacali mu się tym samym. Znowu zaczynasz – odezwał się z tyłu jego głowy irytujący głosik. Potter puścił tę uwagę mimo uszu i wrzucił do koszyka kilka lizaków – świstaków, które razem z Hermioną uwielbiali. Potem stanął w ogonku do kasy, gdzie szybko stał się największą atrakcją. Dwadzieścia minut później (i jednego lizaka mniej) wydostał się z Magicznych Słodkości na zimną Pokątną. Silny podmuch wiatru zmierzwił mu włosy i nasypał troszeczkę śniegu za kołnierz. Wzdrygnął się, poprawił pakunki i ruszył w drogę powrotną do Dziurawego Kotła, skąd zamierzał aportować się niedaleko swego mieszkania. Zegar, wiszący na wieży jednego z budynków, zaczął wybijać piątą po południu i Harry zmełł w ustach przekleństwo. Jeśli się nie pospieszy, to nie tylko spóźni się na randkę z Ginny, ale również nie przygotuje romantycznej kolacji, którą miał w planach na ten wieczór. Naprawdę nie chciał znowu nawalić. Pogrążony w rozmyślaniach na temat możliwych wytłumaczeń, nie zauważył dziecka, stojącego na drodze i wpadł na nie z impetem. Prezenty rozsypały się w około, a on sam wylądowałby boleśnie na ziemi, gdyby w porę nie chwycił się latarni, stojącej obok. Zaklął siarczyście pod nosem, wyprostował się i spojrzał na malucha z zamiarem wygłoszenia nagany, ale słowa uwięzły mu w gardle, gdy zobaczył, w jakim stanie jest dziecko. Po zaróżowionych od mrozu policzkach płynęły łzy, a sama dziewczynka - szkrab okazał się być płci żeńskiej - wyglądała na przestraszoną i zdezorientowaną. Harry obrzucił przelotnym spojrzeniem okolicę; ludzie przyglądali się im zaciekawieni, a niektórzy szeptali coś pomiędzy sobą. Wyciągnął różdżkę z kieszeni płaszcza podróżnego i zebrał pakunki prostym Accio. Następnie ukucnął przy dziecku. - Zgubiłaś się? – spytał, wyjmując z kieszeni płaszcza paczkę chusteczek higienicznych. Dziewczynka kiwnęła głową i pociągnęła głośno nosem. Potter przełożył różdżkę do drugiej ręki, wyjął z paczki chusteczkę, a następnie przytknął ją małej do nosa. - Dmuchnij – nakazał. Dziecko wykonało polecenie – I nie płacz. Zaraz poszukamy twoich rodziców - uspokajał dziecko, rozglądając się w około w poszukiwaniu prawdopodobnych opiekunów dziewczynki. Ani śladu. - Ja... byłam... z ciocią... – zaszlochała mała i znowu pociągnęła nosem, tym razem głośniej. - Zaraz ją znajdziemy – zapewnił ją Potter i wstał, rozglądając się w poszukiwaniu rzeczonej ciotki. Szkopuł w tym, że ulica była pełna samotnych czarownic, więc znalezienie tej właściwiej mogło zająć trochę czasu. Mężczyzna westchnął ciężko i pochylił się nad małą. - A pamiętasz może, gdzie ją ostatnio widziałaś ? – spytał, przyglądając się uważnie dziewczynce. Ta zmarszczyła brwi i zastanowiła się przez chwilę. - To był taki... duzi sklep – wydukała podnosząc wzrok. Jej niebieskie oczy zalśniły w świetle latarni. Harry pokiwał powoli głową. Na Pokątnej było niewiele dużych sklepów, lecz z punktu widzenia dziecka każde pomieszczenie mogło wydawać się duże. - Daj mi rączkę i zaraz jej poszukamy – powiedział i wyciągnął rękę do dziewuszki. Ta wpatrywała się w dłoń dorosłego niepewnie, zupełnie jakby rozważała, czy bezpiecznie jest iść z tym panem. W końcu pochwyciła ją i razem ruszyli w dół ulicy. - Pamiętasz, jak ten sklep wyglądał? – spytał Auror, przeszukując wzrokiem tłum czarodziejów i czarodziejek. Chciał sprecyzować dokładne położenie rzeczonego sklepu, by stracić jak najmniej czasu na poszukiwania. Dziecko pokręciło przecząco głową i rozpłakało się ponownie. - A-aa, nie płacz. – starał się uspokoić dziewczynkę. - Zaraz znajdziemy twoją ciocię! – Ścisnął delikatnie jej dłoń, jakby na potwierdzenie swoich słów, myśląc jednocześnie nad tematami, które pomogłyby małej rozweselić się i odsunąć smutne myśli. Nie miał dużego doświadczenia w opiece nad dziećmi, a już szczególnie nad zagubionymi dziewczynkami. Jedyne maluchy, które przyszło mu w życiu niańczyć to dzieciaki Freda i Percy`ego. Przydałaby się Hermiona – przyszło mu na myśl. Jego wzrok padł na najbliższą choinkę stojącą pod latarnią. – Podobają ci się dekoracje świąteczne? – zapytał, zerkając na małą. Dziewczynka pokiwała energicznie głową i zawyła jeszcze żałośniej. - A może powiesz mi, jak się nazywasz i co ci się najbardziej podoba? – szybko zadał kolejne pytanie, gdyż płacz dziecka zaczął przyciągać zbyt dużą uwagę przechodniów. Kilka osób posłało mu karcące spojrzenia, które jednak zgrabnie zignorował. - Aurora – odpowiedziała mała i wytarła łzy skrajem rękawa czarnego płaszczyka, w który była odziana. - Miło mi Auroro, ja jestem Harry. – Potter zdobył się na ciepły uśmiech. – A więc... które dekoracje ci się najbardziej podobają? – powtórzyła swoje uprzednie pytanie. - Choinki – zachlipała mała. - Choinki? Też je lubię. Te tutaj są pięknie udekorowane, prawda? – spytał, wskazując na drzewko nieopodal przyozdobione czerwonymi i zielonymi mieniącymi się wstążeczkami. Przez resztę poszukiwań zajął małą rozmową na temat świątecznych dekoracji, upragnionych prezentów i świąt w ogóle. Wkrótce dziecko zapomniało o smutku i płaczu i z ożywieniem odpowiadało na zadane przez mężczyznę pytania, a nawet czasem zadało własne. Niestety, sukces w rozbawieniu Aurory nie szedł w parze z odnalezieniem rodziny dziewczynki. Po przeszukaniu wszystkich największych sklepów, znajdujących się przy magicznej ulicy (w tym biznesu Weasleyów, gdzie po wytłumaczeniu sytuacji bliźniacy wręczyli małej dużego, różowego lizaka-żujkę o smaku truskawkowym, z którego, tak jak z tradycyjnej gumy, można było robić balony) oraz kilku pomniejszych, ale także ważnych, nie udało się odszukać cioci dziewczynki. Na dodatek robiło się coraz później i Harry zaczął się niepokoić o swoje plany na wieczór. Poza tym zauważył, że dziewczynka była coraz bardziej zmęczona marszem. W końcu był zmuszony zmniejszyć za pomocą czarów swoje pakunki i wziąć Aurorę na ręce. Ta zasnęła niemal natychmiast. Po kolejnych dziesięciu minutach bez rezultatu, zrezygnowany udał się na posterunek aurorski, znajdujący się w jednej z uliczek, odchodzących od Pokątnej. Jeśli ktoś szukałby dziecka, to na pewno zgłosiłby to jego kolegom po fachu. Mogłem sam od razu im to zgłosić – pomyślał ze złością, wchodząc ostrożnie po oblodzonych schodkach. Pchnął bokiem ciężkie, podniszczone drzwi i wszedł do środka. Potem postawił swoje zakupy na ławce przy drzwiach i rozejrzał się z zaciętą miną po posterunku. Pomieszczenie, podobnie jak każdy posterunek, w którym miał okazję się znaleźć, nie wyglądało zbyt zachęcająco. Przybrudzone ściany pokryte były listami gończymi przestępców, kalendarzami, grafikami, starymi reklamami bądź też jakimiś innymi bardziej lub mniej ważnymi papierami. Zniszczone regały zawalone były stosami zakurzonych pergaminów, połamanymi piórami, zardzewiałymi kajdankami. Ławka przy drzwiach spełniała funkcję poczekalni, a pod brudnymi oknami ustawiono cztery biurka z dwoma krzesłami przed każdym. Sama cela znajdowała się prawdopodobnie w pomieszczeniu, do którego prowadziły drzwi po lewej stronie, przy szafce z kubkami. Jak wszędzie w okresie przedświątecznym, panował tam spory ruch. Dwoje mundurowych przesłuchiwało w rogu podejrzanie wyglądającego jegomościa, inny wychodził właśnie z pomieszczenia, gdzie prawdopodobnie znajdowała się cela, a pewne starsze małżeństwo kłóciło się z wyraźnie zmęczoną aurorką. Nie ma jak w domu – pomyślał sarkastycznie, podchodząc wraz z małą w ramionach do aurora siedzącego przy najbliższym biurku. Mężczyzna oderwał wzrok od Proroka Popołudniowego i spojrzał na niego z irytacją; zupełnie jakby czarodziej z małym dzieckiem na ręku mu przerwał niezwykle ważne zajęcie. - W czym mogę pomóc? – spytał niezbyt uprzejmie, odkładając gazetę na bok. - Właśnie ją znalazłem – odpowiedział bez zbędnych tłumaczeń Potter, wskazując na dziecko. Greenwood, bo tak brzmiało nazwisko na plakietce posterunkowego, zmierzył Harry`ego wzrokiem i zerknął na małą – dziewuszka oddychała przez otwarte usta, a czarne loki, wystające spod czerwonego kapelusika opadały na jej pucułowatą buzię. Przez chwilę przyglądał się małej badawczo, by w końcu otworzyć szufladę i wyjąć z niej pożółkły pergamin, pióro oraz kałamarz. Następnie, sapiąc ciężko, położył to wszystko z na biurku przed sobą. - Pana imię i nazwisko – spytał, maczając pióro w czarnym tuszu. - Harry James Potter - odpowiedział czarodziej, siadając na jednym z krzeseł ustawionych przed biurkiem. Po tym, jak się przedstawił, gwar na posterunku jakby przycichł. Pozostali w pomieszczeniu spojrzeli na niego z zainteresowaniem. Nawet hałaśliwe do tej pory małżeństwo umilkło. Harry udawał, że tego nie zauważył i uniósł brew. - Możemy kontynuować? Rozumie pan, spieszy mi się – powiedział niecierpliwie. Auror drgnął i zanotował coś na pergaminie. Potter zmuszony był odpowiadać na mniej lub bardziej durne pytania z formularza, zanim dotarli do meritum sprawy, czyli jak znalazł Aurorę. Opisał każdy szczegół zdarzenia, a potem odpowiedział na kolejną serię pytań. Podczas całej procedury czuł na sobie zaciekawione spojrzenia pozostałych obecnych w pomieszczeniu, co powoli zaczynało go doprowadzać do szału. - Czy ktoś zgłaszał ostatnio zaginięcie dziecka? – spytał z nutą złości w głosie, kiedy już sporządzono raport i podpisał potwierdzenie swoich zeznań. Greenwood zwinął pergamin w rulon i wrzucił do szuflady. - Nie, ale na zgłoszenia reagujemy i tak... - ... po dwudziestu czterech godzinach od zaginięcia. Tak, wiem – przerwał mu z uśmiechem Harry i wstał. – Przepraszam, ale bardzo mi się spieszy, więc.... – powiedział, spoglądając znacząco na mundurowego. Ten rzucił mu protekcjonalne spojrzenie i zakręcił kałamarz. - W takim razie już pana nie zatrzymujemy, panie Potter – oznajmił, wstając i okrążając biurko. Harry również wstał i przekazał mu śpiące dziecko. Mała, podobnie jak wszystkie dzieci, zagubione w magicznym świecie, zostanie umieszczona w Magicznej Izbie Dziecka, znajdującej się w dziewiętnastowiecznym dworku w hrabstwie Windsor. Zostanie tam, dopóki aurorzy nie odnajdą jej rodziny lub ta sama się po nią nie zgłosi. - Czy chce pan dostać zawiadomienie, że ją odebrano? – spytał auror, zanim odszedł do sąsiedniego pomieszczenia. Harry, który robił już krok w kierunku wyjścia, spojrzał na niego nieprzytomnie. Był już spóźniony pół godziny i właśnie zastanawiał się, w jaki sposób przeprosić Ginewrę. - Nie, nie, to nie będzie potrzebne. Mam tam znajomą – odpowiedział szybko, myśląc o Hermionie. Greenwood pokiwał ze zrozumieniem głową i zerknął na małą w swoich ramionach. Potter również przez chwilę na nią patrzył. - W takim razie wesołych świąt i dziękujemy za pomoc – przerwał milczenie auror. Harry pomachał ręką, jakby to był drobiazg i, zabierając po drodze swoje pakunki z ławki, wyszedł z posterunku na tyle wolno, na ile wypadało, a w głowie miał już zupełnie co innego. * Kobieta obracała się dookoła, przeglądając się w bogato zdobionym lustrze. Suknia, którą właśnie przymierzała, wydawała się niemal idealna. Zielony materiał błyszczał w świetle świec, dół falował stylowo przy najmniejszym ruchu, a łańcuszkowe ramiączka zabezpieczone czarną koronką nie drażniły jej delikatnej skóry. Czarownica wygładziła zmarszczki na biodrach i przeszła kilka razy w około. - Wygląda pani ślicznie, panno Parkinson – zapewniła ją z uśmiechem wysoka, jasnowłosa ekspedientka. Pansy spojrzała na jej odbicie w lustrze. - Mam wyglądać olśniewająco – odpowiedziała zimno – Ma pani coś innego? – spytała, odwracając się do blondynki. Uśmiech sprzedawczyni zbladł, ale kiwnęła głową i odeszła do sukienek na wieszakach. Panna Parkinson tymczasem raz jeszcze spojrzała w lustro i jęknęła ze złością. Wybieranie sukni na przyjęcie noworoczne w dworze Wiltshire wcale nie należało do zadań łatwych. Strój nie tylko powinien być szykowny i kosztowny, ale też musiał olśnić wszystkich gości tak, by wiadomo było kto tu ma najwyższą pozycję w elicie. Co prawda, Pansy jeszcze nie była na samym szczycie, ale zbliżała się do swego celu. Jeszcze parę miesięcy i zmieni nazwisko na „Malfoy”. Uśmiechnęła się przebiegle do swojego odbicia i zerknęła na zegarek. Dochodziło wpół do siódmej, a więc zbliżał się czas, by położyć małą spać. Panna Parkinson przekręciła oczami, odwróciła się plecami do łóżka i spojrzała na czerwoną sofę przy drzwiach, gdzie zostawiła dziecko. Problem w tym, że sofa była pusta. - Znowu... – mruknęła ze złością i podwinęła sukienkę, a następnie zeszła z podestu i minęła zaskoczoną ekspedientkę. To nie pierwszy raz, gdy miejsce, w którym zostawiła dziewczynkę, pustoszało. Aurora wprost uwielbiała się przed nią chować - zarówno we dworze, jak i w sklepach. Szczególnie w sklepach... Zazwyczaj wynajdywała sobie jakiś zakamarek i siedziała tam przez godzinę, podczas której Pansy przeczesywała całe pomieszczenie w poszukiwaniu zaginionego szkraba. - Auri, wychodź! – Przyszła pani Malfoy nie zamierzała się bawić w chowanego. Podwinąwszy suknie, by ta nie szorowała po podłodze, rozejrzała się po butiku. – Mała lubi się bawić w chowanego – wyjaśniła z sztucznym uśmiechem, gdy jej wzrok zatrzymał się na zdumionej minie sprzedawczyni. - Pomóc pani w poszukiwaniach? – spytała kobieta. Pansy skinęła nieznacznie głową i schyliła się, by zajrzeć pod pobliski stolik, na którym stał chiński wazon pełen czerwonych róż. Nienawidziła, gdy dziewczynka robiła jej takie numery. Czuła wówczas jeszcze większą niechęć do dziecka, za którym zbytnio i tak nie przepadała. Oczywiście, musiała ją tolerować, ale tylko ze względu na Dracona. Kiedyś w przypływie szczerości zwierzyła się swojej przyszłej teściowej z tego, co wyprawia Aurora, a ta skwitowała to stwierdzeniem, że to normalne u dzieci w tym wieku i przytoczyła anegdotę o swym synu, który ukrył się kiedyś w szafie jej męża. Normalne... Akurat! – pomyślała ze złością panna Parkinson, przekładając energicznie poduszki na sofie. Gdy ona była w wieku córki Malfoya, to nie chowała się po zakamarkach dla zabawy. - Zaczynam tracić cierpliwość, Auroro! – zawołała czterdzieści pięć minut później, stojąc na środku butiku z założonymi rękoma. Spojrzała na ekspedientkę, która wracała właśnie z zaplecza. Ta pokręciła głową i jeszcze raz zajrzała za wieszaki z sukniami. Pansy przestraszyła się nie na żarty. Dziewczynka jeszcze nigdy nie schowała się tak, by nie można jej było znaleźć. Przeważnie zaszywała się w jakiś szafach, pod łóżkami lub w innych dziwnych zakamarkach i znajdywała się po kilku, kilkunastu minutach. Próbując zachować spokój rozejrzała się raz jeszcze po magicznym butiku. Przecież ten sklep nie jest wcale taki duży. - Może aurorzy pomogą... – zasugerowała niepewnie blondynka, odwieszając granatową suknię rodem z dziewiętnastego stulecia. - Co? Nie! – czarownica zareagowała niemal natychmiast. I choć wezwanie władz wydawało się w tej sytuacji najrozsądniejszym wyjściem, gdyż na pewno by pomogli, nie mogła tego zrobić. Nie dość, że zadawali by setki idiotycznych pytań, zrujnowali sklep, a informacja o zaginięciu przedostałaby się do prasy, stając się hitem świątecznego tygodnia, to jeszcze na dodatek ściągnęli by Dracona z konferencji w Moskwie, co tylko pogorszyłoby i tak już niewesołą sytuację. - Pewnie poszła do cukierni – dodała, chcąc uspokoić ekspedientkę. A może i siebie? Sama już nie wiedziała. Wróciła szybko do przymierzalni, gdzie przebrała się w swoje rzeczy i, klnąc w duchu na czym świat stoi, opuściła butik. Znalazłszy się na zimnej ulicy rozejrzała uważnie dokoła w poszukiwaniu dziewczynki. Ludzie mijali ją pośpiesznie, kłaniając się lub pozdrawiając ją uprzejmie. Odpowiadała wymuszonym uśmiechem. Była tak zajęta wybieraniem sukienki, że nawet nie zauważyła, kiedy mała zniknęła. Co gorsza, nie wiedziała nawet, ile czasu upłynęło od jej wyjścia. W sercu czarownicy zagościło znajome uczucie strachu, które nie ogarnęło jej ani razu od czasu, gdy Aurora po raz pierwszy zdecydowała się zabawić w chowanego jej kosztem. Bała się nie tylko o los dziecka, ale przede wszystkim obawiała się możliwej reakcji Dracona. Odsunęła od siebie obraz wściekłego narzeczonego i ruszyła ku Magicznym Słodkościom, cukierni, znajdującej się na przeciwko salonu Gladrak. Przyrzekła sobie, że jak znajdzie małą, to wybije jej z głowy zabawy. * W czasie, gdy panna Parkinson wchodziła do cukierni, Hermiona Granger siedziała przy biurku w kącie małej sali i sporządzała raport. Co jakiś czas zerkała znad pergaminu, sprawdzając, czy trójka maluchów śpi spokojnie, i wracała do pisania. Kiedy kończyła Hogwart wszyscy spodziewali się po niej, że wybierze „porządny”, jak to określiła profesor McGonagall, kierunek studiów, po którym zacznie pracować na wysokim stanowisku w ministerstwie. Jej przyjaciele żartowali nawet, że niedługo będą musieli się do niej zwracać per ”pani minister”. Jakież było ich zdumienie, gdy panna Granger zaczęła studiować magiczną psychologię, a potem, na drugim roku, pedagogikę w weekendy. I choć ogólnie stwierdzono, że to uwłacza tak utalentowanej czarownicy jak ona, i że marnuje swoje zdolności, Hermiona nie poddała się. Wiedziała, że po wojnie dużo czarownic i czarodziejów potrzebowało specjalistycznej pomocy, by poradzić sobie z okrutnymi doświadczeniami. Spędziła trzy lata na Uniwersytecie Magicznym w Devon ze świadomością, że jej rodzice ją popierają; reszta się dla niej nie liczyła. Po studiach planowała otworzyć swoją własną praktykę psycho-magologiczną, bądź rozpocząć pracę w Mungo, ale praktyki na trzecim roku w Magicznej Izbie Dziecka zupełnie zmieniły jej zamiary. Widząc te wszystkie przerażone twarzyczki i stykając się z nieszczęściem maluchów, nie mogła zostawić ich samych. Po studiach zatrudniła się w Izbie, co wywołało jeszcze większy szok u przyjaciół. Nie próbowali jednak odwieźć jej od tej decyzji. Lepsze to niż skrzaty – mawiał Ronald. Jej rozmyślania przerwał płacz. Odłożyła pospiesznie pióro, a następnie wstała i podbiegła do najbliższego łóżka. Dziewczynka, którą niedawno przywiózł posterunkowy z Pokątnej, płakała rzewnie, siedząc na łóżeczku. Spojrzała z przestrachem na Hermionę, kiedy ta do niej podeszła. - Co się stało? – zapytała czarownica, siadając przy małej i delikatnie odgarniając czarne loczki z czółka dziecka. - Teśknie zia tatusiem – chlipnęła dziewczynka. - On jeśt daleko... Powiedział, zie wróci, ale jeśt długo na dele.. dele.. gaciach... – Dziecko nie mogło uporać się z trudnym słowem. - Twój tatuś jeździ w delegacje, tak? – zapytała z ciepłym uśmiechem Hermiona. Dziewczynka coraz słabiej pochlipypywała i wpatrywała się ciekawie w kobietę ogromnymi, bardzo szarymi i bardzo przenikliwymi oczami. - Posłuchaj. Mam na imię Hermiona, a ty jesteś w miejscu, gdzie dzieci, które się zgubią, mogą poczekać na rodziców. Może mama cię niedługo znajdzie i razem poczekacie na tatę? – podjęła czarownica. - Tata na pewno też za tobą tęskni, tak jak ty za nim. Usta dziewczynki wygięły się w podkówkę i znowu głośniej chlipnęła . - Mamusia umarła, jak mnie rosiła i teraź jeśt w niebie... – powiedziała żałośnie. – A ciocia mnie nie lubi... Ja teź jej nie lubię. Chcie do tatusia! Hermiona poczuła, że ściska się jej serce. Dziewczynka patrzyła na nią tak, jakby wierzyła, że czarownica może zwrócić jej kochanego tatę w każdej chwili - w końcu była dorosła. Dorośli są duzi i dużo mogą; tak właśnie postrzegają nas dzieci, o czym często zapominamy. Ale Granger na co dzień miała do czynienia z maluchami w różnym wieku, a także ze starszymi dziećmi i kochała swoją pracę, dlatego doskonale rozumiała wyczekiwanie w spojrzeniu Aurory. - Skarbie, nie wiem kim jest twoja ciocia, ale ona nie może cię nie lubić. Jesteś śliczną i słodką dziewczynką. I widzę, że potrafisz być grzeczna i bardzo dzielna. Pewnie ci się tylko tak wydaje. Ciocia na pewno za tobą bardzo tęskni i teraz cię szuka. Dziewuszka mocno pokręciła główką i wydęła usteczka.. - Nie, nie, nie! – oznajmiła autorytarnie. – Ciocia mnie nie lubi i nie lubi się bawić w chowanego. Źłości się! - Kochanie, jak zechcesz, to ja się z tobą pobawię w chowanego – odrzekła Hermiona, chcąc udobruchać nadąsaną dziewczynkę. Przyglądała się przy tym małej, z nie mniejszym zainteresowaniem, niż to, które okazywała jej dziewuszka. - Ale tak naprawdę, to ciocia boi się o ciebie, na pewno cię szuka i na pewno za tobą tęskni. Niedługo po ciebie przyjdzie, kochanie. I na pewno pobawi się z tobą w chowanego. – Hermiona uśmiechnęła się z czułością. Kochała dzieci, a ta mała była wprost przesłodka i urocza; prawdziwa jutrzenka. Miała okrąglutką buzię, na której kwitły teraz rumieńce, lekko zadarty, upstrzony drobnymi piegami nosek i różowiutkie usteczka. - Ciocia nigdy się tak nie uśmiecha. Ty jeśteś... fajna. - Dziękuję – Hermiona poczuła, że znowu ściska się jej serca. Jak tego dziecka mógł ktoś nie lubić? Aurora musiała być niezwykle wrażliwa, może była wręcz przewrażliwiona, bo czarownicy nie wydawało się, by ktokolwiek mógł nie pałać sympatią do małej; ale z drugiej strony doskonale wiedziała, że są ludzie, którzy nie cierpią wszystkich dzieci. - Auroro, ja cię dopiero poznałam, a już cię lubię, wiesz? Twoja ciocia też na pewno cię lubi, może nawet kocha, ale pewnie nie zawsze potrafi to okazać. Mała popatrzyła na Hermionę z niedowierzaniem, a później westchnęła i oznajmił bardzo dorosłym tonem: - Nie znaś cioci! Granger pomyślała w tym momencie, że nikt mógłby się nie zgłaszać po rezolutną Aurorę, bo ona chętnie sama się nią zajmie. - Nie znam, skarbie, ale widzę, jaka z ciebie mądra dziewczynka. – Powiedziała z szerokim uśmiechem. – I trzeba cię lubić. - Ciocia mówi, zie jeśtem urwiś! - A tata? Dziewczynka zastanawiała się przez chwilę. - Tata... teź... – Mała zmarszczyła brewki, myśląc intensywnie, co powinna powiedzieć, i Hermiona czekała cierpliwie, wiedząc, że najgorsze, co mogła w tej chwili zrobić, to przerwanie dziewczynce ważnej dla niej wypowiedz. - Ale tata mówi... inaciej. Hermiona już była pewna, że mała nie jest wcale przewrażliwiona. Dzieci doskonale wyczuwają nastawienie dorosłych, zwłaszcza, jeżeli jest to udawana sympatia. Widocznie ciotka dziewuszki rzeczywiście za nią nie przepadała i zdradzał ją chociażby ton głosu. Czarownica westchnęła głęboko; była pewna czegoś jeszcze, że mogłaby pokochać małą Aurorę. - Ciocia Pansi lubi śtroje – dodała nagle mała, bardzo uważnie patrząc na swoje paluszki zaciśnięte na błękitnej bluzeczce. Granger poczuła zimny skurcz w okolicy serca, słysząc po dziecięcemu spieszczone imię ciotki Aurory. Jesteś przewrażliwiona, kobieto – skarciła się w duchu. – W Anglii jest mnóstwo kobiet o takim imieniu... Nie wszyscy wybierają imiona... ambitne, jak twoi rodzice. Mimo tej myśli, przełknęła ślinę i odezwała się z niewinnym uśmiechem, patrząc w szare oczy dziecka. - Auroro, skarbie, chciałabym, żebyś jak najszybciej wróciła do domu. Powiedz mi, jak nazywa się twój tata, dobrze? Dziewczynka przechyliła główkę, jakby zastanawiała się, czy może zaufać czarownicy. Następnie skinęła główką i odpowiedziała: - Draco Malfoy. Granger omal nie krzyknęła z wrażenia. - Tak, dobrze... Twój tata jest bardzo znany w naszym świecie... Na pewno niedługo trafisz do domu. – Pogłaskała z roztargnieniem główkę dziewczynki i oddaliła się do swojego gabinetu. Musiała napić się zimnej wody. I musiała spotkać się z Harrym. Żaby mu nawrzucać. * - Miałeś przyjść po mnie dwadzieścia minut temu – powiedziała chłodno Ginny, splatając ręce na piersi. - Wiem – ze skruchą odparł czarodziej i spuścił wzrok. Westchną głęboko i ponownie spojrzał w ciemne, teraz niemal czarne oczy dziewczyny; orzechowe oczy Ginewry zawsze ciemniały, kiedy była zła. – Miałem też przygotować wspaniałą kolację dla dwojga, ale niestety wylądowałem z zagubioną małą dziewczynką na posterunku aurorskim, Gin... Naprawdę. - No, proszę. Obce smarkule są dla ciebie ważniejsze, niż własna narzeczona, Harry. Ile razy można ci tłumaczyć, że sam nie zbawisz świata? Ale ty wiecznie próbujesz być czyimś bohaterem. Szkoda że nie moim... – w ostatnich słowach czarownicy zabrzmiała nutka urazy. - Hej, to niesprawiedliwe! – Mężczyzna prawie krzyknął. - Wiedziałaś, że jako auror będę miał dużo roboty, ale związałeś się ze mną. – Potter wziął głęboki oddech. - A ta mała... Zrozum, stała zupełnie sama na środku ulicy i płakała... Zgubiła się i nie wiedziała, gdzie jest jej ciocia. Zwiedzaliśmy Pokątną i okolicę przez prawie godzinę. Bez skutku. Dlatego odniosłem ją na posterunek, dopełniłem formalności, a teraz dziewczynka trafiła do Izby, bezpośrednio pod opiekę Hermiony. – sapnął głośno. - Miałem zostawić małe dziecko same sobie? I to będąc aurorem? I to w czasie świąt? – Mówiąc ostatnie zdania, Harry przybliżał się powoli do Ginewry, a przy ostatnim słowie delikatnie pocałował ją w policzek – Wynagrodzę ci to spóźnienie – wyszeptał prosto do jej ucha. Czarownica uderzyła go w ramię, ale złość prawie całkiem z niej już wyparowała. Harry był jaki był; miał czyste i dobre serce, chociaż czasami zachowywał się tak nieodpowiedzialnie, jakby nadal był chłopcem. No, i spóźniał się na randki... Ale był też wzorowym aurorem i lubił dzieci, a Ginny chciała mieć dzieci - całą gromadkę. - Wejdź, obrońco uciśnionych. Mama zaparzy ci herbatki. A co do tego wynagradzania, to jeszcze pogadamy... – oznajmiła Ginewra, już prawie całkowicie udobruchana. Harry przewrócił oczami i zatrzymał swoją dziewczynę na progu Nory. - Gin... Nie zrobiłem tej kolacji i co teraz? Gdzie ja cię mam zabrać? Tak bardzo chciałem, żebyś miała udany wieczór – powiedział cicho i szczerze. – Spędzamy go u ciebie? Pod składami twojej nadopiekuńczej mamy? Ech... Czarownica wydawała się lekko rozbawiona, a zarazem rozczulona konsternacją narzeczonego. - Wiesz co? - odezwała się po chwili milczenia. - Napijemy się herbaty i odwiedzimy Hermionę, bo mam ochotę zobaczyć tą małą szczęściarę, którą uratowałeś od przeciwności losu i strasznej perspektywy, że, nie daj Merlinie, to ktoś inny odprowadzi ją na posterunek aurorski, a nie sławny Harry Potter. - Hej! Ta dziewczynka na mnie wpadła... A raczej ja na nią. Nie mogłem tak po prostu jej wyminąć, wiesz? – Auror wyglądał na urażonego. Ginewra przewróciła oczami. - A później – pociągnęła dalej swoją wypowiedź. – Później pójdziemy do ciebie. Będziesz mógł mi wynagrodzić to spóźnienie, wybawicielu ludzkości. Harry szeroko się uśmiechnął i wszedł za narzeczoną do Nory. * Hermiona siedziała nad szklanką herbaty, zastanawiając się, co zrobić. W końcu doszła do wniosku, że Pansy, niezależnie od tego jak wielką jest pindą (a jeśli niewiele zmieniła się od czasów szkolnych, to jest mega-pindą), będzie szukała córki Dracona. Zdrowy rozsądek podpowiadał, że powinna zrobić wszystko, co w jej mocy, żeby odnaleźć małą... No, chyba że chciała się narazić na złość, a nawet wściekłość Malfoya Juniora. Hermiona skrzywiłaś się. Nie zazdrościła pannie Parkinson obecnego położenia. Ale też jej zbytnio nie współczuła; Pansy powinna była pilnować dziecka. Logika nakazywała czekać na zgłoszenie. Na dosyć szybkie zgłoszenie. Wystarczy przecież, że Pansy wymieni nazwisko zaginionej na pierwszym aurorskim posterunku. Liczyła, że do wieczora, a najpóźniej z rana następnego dnia Aurora zostanie zabrana z Izby. Z zamyślenia wyrwał ją srebrzysty dźwięk dzwonka do drzwi i przygotowała się na czyjąś wizytę. Po chwili pojawiła się maleńka skrzatka o drobnym, okrąglutkim nosie i złotych oczach. - Przyszli państwo Berry! – oznajmiła. - Dzięki, Pinezko – odparła Hermiona, która nie mogła się oduczyć składania podziękowań skrzatom domowym. Skrzatka znikła, a za chwilę do gabinetu Hermiony, umieszczonym tuż przy sali, gdzie przebywały dzieci, weszło małżeństwo czarodziejów. Byli zaniepokojone, a jednocześnie pełni nadziei. Kobieta ściskała mocno dłoń mężczyzny. Przewiali się szybko i uprzejmie, od razu przeszli „do rzeczy”. - Słyszeliśmy, że tu jest nasz synek. Przyprowadził go jakiś młody auror, kiedy zgubił się nam w okolicy Trzech Mioteł. Nazywa się Fred Berry. Jest tutaj, prawda? – spytał drobniutka blondynka. - Proszę się nie niepokoić. Pamiętam tego chłopca, został przyprowadzony niecałe trzy godziny temu. Ma około trzech lat i rudawe włoski, prawda? – odpowiedziała Hermiona cicho. Mężczyzna był nieco starszy od swojej żony, wysoki i miał kasztanowe włosy obcięte na jeża. Teraz odezwał się łagodnie do kobiety: - Widzisz, Mandy? Mówiłem ci, że wszystko będzie dobrze. - Ale widać było, że on także odczuł dużą ulgę. - Jeszcze tylko kilka formalności i zaraz państwo odzyskacie swoja pociechę. Poproszę dokument tożsamości od któregoś z państwa... – Popatrzyła na nich i zobaczyła, że drobna czarownica z niecierpliwości prawie wychodzi ze skóry. – Może od pana... - Pani Berry, Fred leży na trzecim łóżeczku po lewej stronie. Proszę do niego iść – powiedziała ciepłym tonem, biorąc dowód od mężczyzny. Kobieta podziękowała i niemal pobiegła do swojego synka. Panna Granger, bardzo szybo załatwiła przepisowe „wymeldowanie” małego gościa z Izby, i kiedy pan Berry poszedł do żony, odczekała dłuższą chwilę, dając rodzicom czas na przywitanie się z dzieckiem. Dopiero wtedy do nich podeszła, aby odprowadzić szczęśliwą trójkę do wyjścia. Hermiona pożegnała się z państwem Berry i Fredem, a następnie przez kilka sekund odprowadzała ich wzrokiem. W Magicznej Izbie Dziecka pozostała już tylko Aurora; małą Fran Swey rodzice zabrali pół godziny wcześniej. Czarownica westchnęła głęboko. Cieszyła się, że, zmęczona silnymi emocjami dziewczynka, zasnęła, gdy tylko wypiła kakao. Na pewno zasmuciłby ją widok dzieci, zabieranych przez kochających rodziców, podczas, gdy po nią nikt się nie zgłaszał. Już miała zamykać drzwi, kiedy zobaczyła dwoje ludzi, zbliżających się w kierunku przybytku. I na pewno żadne z nich nie było Malfoyem czy Parkinson. - Cześć, Hermiona! – krzyknęła, opatulona w ciemnozielony kożuszek Ginewra, i podbiegła do koleżanki. – Nie zamykaj! – pisnęła, gdy Granger żartobliwie udała, że zatrzaskuje jej drzwi przed nosem. - A gdzie wyście przyszli na randkę? – Zaśmiała się Hermiona - Harry, mój kochany jełopek, nie zrobił romantycznej kolacji, bo ratował dziecię niewinne z opresji – odparła wesoło panna Weasley. – To przyszliśmy załapać się na państwowy wikt. - To na tym wikcie za bardzo się nie najecie. - Witaj, Herm! – Harry doczłapał się do czarownic, przytrzymując zimowy czarny płaszcz wysoko pod szyją. – Ale wygwizdów się robi. Obawiam się śnieżycy. - Nie ma strachu, mam dziś całodobowy dyżur, jeśli zajdzie potrzeba, gdzieś was upchnę na noc – odparła Hermiona. Ucieszyła się z wizyty Harry’ego i Ginny. Zastanawiała się, co auror powie, kiedy dowie się, czyje niewinne dziecię ratował z opresji. – A teraz wejdźcie i rozgrzejcie się. Zaraz zaparzę wam kawę. Z cynamonem. Kiedy rozkutali się z ciepłych ubrań, które zabrały i odwiesiły dwa skrzętne, nie rzucające się w oczu, skrzaty, Harry popatrzył poważnie na Hermionę. - Dziewczyno, młodość sobie marnujesz. Co najmniej raz w tygodniu bierzesz dyżur nocny. - Ktoś musi – odparła z uśmiechem Hermiona. – A ja naprawdę lubię tą pracę. No dobrze, kocham ją... Po prostu kocham dzieci, Harry, i nie uważam tego za marnotrawstwo. - Przyganiał kociołek fiolce – wtrąciła się Ginewra. – A kto jest zawsze chętny do najbardziej niebezpiecznych albo uciążliwych aurorskich zadań? Odpowiedzmy wszyscy chórem, drogie dzieci... - Harry Potter! – oznajmiły dźwięcznym duetem obie czarownice. Auror podniósł ręce w geście poddania. - Okej, okej! Poddaję się, nie mam argumentów! Hermiono, wiesz, że zawsze ślicznie wyglądasz w tej długaśnej sukience, w które was tu upychają. Kolor bordowy podkreśla twoje orzechowe oczy – dodał słodkim tonem. - Sukienka nie jest bordowa, tylko wiśniowa, a Hermi ma czekoladowe oczy, kochanie – poprawiła narzeczonego ze złośliwym uśmiechem Ginny. - Oj, zwał jak zwał. Wy kobiety odróżniacie zdecydowanie za dużo kolorów. Hermiona odruchowo poprawiła prostą, ale gustowną ciemnowiśniową, dopasowaną do figury, sukienkę z magicznie tkanej, specjalnej bawełny, która „oddychała”. Pod sukienką zawsze nosiła satynową koszulę z kołnierzykiem; taki był wymóg, bo sukienki miały dosyć duże dekolty w szpic. Był to mały ukłon w kierunku pracownic, żeby mogły urozmaicić sobie strój. Czarodzieje, pracujący w Izbie - a było ich aż dwóch - nosili ciemnowiśniowe szaty. Hermiona wybierała najczęściej biel i zieleń; bo te kolory najbardziej jej pasowały. Ale dzisiaj wiśnię wieńczył kołnierzyk w kolorze ecri. - No, to gdzie ta mała jutrzenka odpoczywa? – spytał Harry. Naprawdę chciał zobaczyć małą. - A właśnie. To mi coś przypomniało, wiesz? – panna Granger spojrzała na swego przyjaciela uważnie. – Czy wiesz, czyje to dziecko? ...
maua-elka