Science Fiction_24.2003.pdf

(4820 KB) Pobierz
10073553 UNPDF
10073553.003.png
Europejski horror zdaje się powstawać z martwych. W nadchodzącym roku zo-
baczymy co najmniej dwie dość ambitne produkcje ze starego kontynentu, filmy, które
nie mają budżetów hollywoodzkich gigantów, ale poszczycić się mogą czymś równie
ważnym - znakomitymi scenariuszami. O przenoszącym nas w okopy pierwszej wojny
światowej Deathwatch napiszemy przy innej okazji. Dzisiaj, na kilka dni przed
premierą, prezentujemy dzieło Danny'ego Boyle'a twórcy kultowego Trainspotting.
Anglia dzisiaj, jutro, może pojutrze. Do tajnego laboratorium, w którym prze-
prowadzane są eksperymenty na zwierzętach wdziera się grupa bojowników wal-
czących o prawa zwierząt. Pech chce, że w tym właśnie kompleksie badane są nowe
szczepy wirusów wywołujących agresję. Niepomni ostrzeżeń, aktywiści uwalniają
zarażone nim małpy, tylko po to, by stać się ich pierwszymi ofiarami. Niestety, wirus
nie zabija swoich nosicieli, ale sprawia, iż stają się
nieobliczalnymi szaleńcami, którzy pragną tylko jednego,
zabijać i niszczyć. I czyni to naprawdę szybko...
Dwadzieścia osiem dni później, na odizolowanej sali jednego
z londyńskich szpitali, budzi się ze śpiączki Jim (Cil-lian
Murphy). Nie mając pojęcia o wydarzeniach ostatniego
miesiąca, usiłuje znaleźć kogokolwiek z personelu. Szybko
jednak przekonuje się, że ci, którzy pozostali nie są już
ludźmi. Jego ucieczka przez opustoszałą metropolię przera-
dza się w okrutne polowanie z nagonką. Na szczęście, nie
wszyscy ocaleni mieli kontakt z zakażoną krwią. Napotkani
przypadkowo Selina (Naomie Harris) i Mark (Noah Hunt-ley)
wyjaśniają Jimowi przyczyny epidemii. Gdy wszystko jest
jasne, wspólnie podejmują decyzję, by wyrwać się z po-
grążonego w szaleństwie miasta. Chcą dotrzeć na prowincję,
gdzie nadal może istnieć normalna cywilizacja.
10073553.004.png
Tak zaczyna się jeden z najoryginalniejszych horrorów
brytyjskich minionych lat. Zrealizowany techniką cyfrową. za
skromne pieniądze, bez udziału gwiazd światowego kina
zapewne nie zdobędzie ogromnej widowni, niemniej warto
wspomnieć o tym filmie, choćby dlatego, że w zalewie plas-
tykowej grozy zza oceanu, mamy do czynienia z prawdziwą
perełką.
Z jednej strony - historia jakby żywcem wyjęta z serii
Resident Evil albo filmów o zombie George'a Romero. Z dru-
giej - czuje się niesamowity klimat, który towarzyszył lekturze
(też sfilmowanych) książek Jamesa G. Ballarda i Johna
Wyndhama. Jest w tym filmie nieuchwytna nuta Dnia
Tryffidów, jest nastrój z najlepszych tekstów Ballarda; irracjo-
nalny, wręcz obcy. Świat, widziany oczyma nic nie rozumie-
jącego bohatera, przeraża od pierwszego momentu. Wizja
ewakuowanego Londynu jest naprawdę rzeczywista. Co tu
dużo mówić, już sam trailer daje pełne poczucie tego, co zo-
baczymy na ekranie.
Myślę, że to film, który warto zobaczyć, zwłaszcza jeśli
ktoś lubi dreszczyk emocji i brytyjskie kino. Wielbiciele ta-
nich ketchupowych horrorów mogą poczuć się zawiedzeni po
seansie, dlatego lojalnie wszystkich ostrzegam: macie do
czynienia z filmem nietuzinkowym i tak też go traktujcie.
ReJS
10073553.005.png
10073553.006.png
kino
Brudny Harry
Tak, ten. temat wraca jak przysłowiowy bumerang. Harry Porter, enfant terrible
literatury dziecięcej i młodzieżowej schyłku dwudziestego wieku (do niej raczej
zaliczyłbym pięćioksiąg J.K.R niźli do czystej fantastyki) ma szansę zdominować
wiele rynków wydawniczych na całym świecie. Także i nasz. Ale dzisiaj nie chcę
rozważać, czy kolejne pół miliona - milion egzemplarzy tej książki wydrze z
kieszeni naszych rodaków kwotę tak wielką, że inni wydawcy i autorzy zaczną
grzebać po śmietnikach historii. Dzisiaj spojrzymy na tę sprawę z zupełnie innej
strony.
Harry Potter to marzenie każdego wydawcy. Książka, po którą dzieciaki
ustawiają się w kolejkach o północy, książka, która w przedpremierowych
zamówieniach osiąga nakłady gwarantujące ogromne zyski. Praktycznie rzecz
biorąc, można powiedzieć, że wydawca małego czarodzieja zarabia krocie, nim
redaktorzy skończą korektę. I chwała mu za to, jak i wszystkim, którzy rozkręcili
koło zamachowe tej machiny do robienia pieniędzy. Dzisiaj nic, co ma cokolwiek
wspólnego z tym bohaterem, jego autorką i samym dziełem nie jest przypadkowe.
Trudno powiedzieć, jak długo jeszcze Potteromania będzie trwała, zdaje się, że
zjawisko to, jak epidemia eboli, pojawia się nagle, przed premierą, nabiera mocy,
ogarnia całe społeczności, a potem samoistnie przygasa i trwa w stanie uśpienia
do momentu, gdy na horyzoncie nie pojawi się nowa książka, nowy film.
Obserwując karierę Harrego Pottera, zastanawiałem się nad jednym z aspektów
tego szału czytania, o którym mówiło wielu znawców. Książka ta powinna
pobudzić apetyt młodego czytelnika do dalszej lektury. Młody człowiek,
rozentuzjazmowany tak wspaniałym przeżyciem, powinien szukać innych, równie
pasjonujących opowieści. Może nawet lepszych. Literatura młodzieżowa,
fantastycznoprzygodowa, powinna święcić tryumfy. Dziesiątki tytułów powinny
sprzedawać się jak świeże bułeczki. Kultura masowa zna takie przypadki, gdy
jeden bestseller rodził całe serie wielce popularnych naśladownictw (fenomen
Toma Clancy'ego chociażby). Rok pański, oddzielający kolejne tomy sagi, ciągnie
się niesłychanie (ten, kto zbierał powieści ze starej „Fantastyki", wie, o czym
mówię), dlaczego więc nie obserwujemy takiego boomu? Dlaczego dzieciaki,
łaknące magicznych przygód Harrego, nie szukają innych czarodziei na kartach
książek? Więcej, dlaczego nie mamy jeszcze polskiego odpowiednika tego
bohatera?
Myślę, że odpowiedź na te pytania jest boleśnie prosta. Wiele milionów
dolarów wydano na wykreowanie obrazu, który ma przekonać wszystkich, że oto
dzieło absolutnie doskonałe w swoim gatunku, że wszystko inne to nic nie warta
szmira i popłuczyny. I to działa. To nic, że można by znaleźć przynajmniej
metrową półkę równie fajnych opowieści dla dzieciaków, zanim pani J. K. R.
napisała pierwsze słowo swojej powieści. To się nie liczy. Sprzedano nam kolejny
„produkt", wprawdzie o niebo porządniejszy niźli fastfoodowe wynalazki rodem
z McDonaWsa, ale z zastosowaniem dokładnie tej samej metody. Pamiętam
jeszcze kilometrową kolejkę, stojącą przez całą noc, przed otwarciem pierwszego na
Śląsku baru tej sieci. Pamiętam też, co działo się pod EMPiK-iem w noc premiery
książki. Gdyby tak zestawić zdjęcia z obu tych wydarzeń, ciężko byłoby
powiedzieć, które ilustruje konkretne zdarzenie.
Zagadnąłem w ostatnich dniach kilku księgarzy, jak miały się sprawy z
Harrym na początku, przed tą gorączką, która nadeszła z Zachodu. I co ciekawe,
nikt nie pamięta jakichś rewelacji, ot kolejna pozycja dla określonej grupy
wiekowej. Niektórzy mówią, że nawet mieli problem ze sprzedażą...
Nie łudźcie się. Harry Potter nie zapędzi tabunów dzieciaków do czytania
innych książek, tak jak konsumpcja McRoyala nie rozbudzi w nikim
sentymentów monarchistycznych. Chyba, że ktoś wpadnie na pomysł rodem z
Tajwanu, gdzie napisano piąty tom cyklu przed oryginałem, albo wybierze drogę
Tani Trotter, którą prawnicy Warnera usiłują, bezskutecznie zresztą, wyplenić z
rosyjskiego rynku wydawniczego. Jak widać po tym drugim przykładzie, dopiero
podszycie się pod oryginalnego bohatera sprawia, że „uwarunkowani"
potteromaniacy dostrzegają coś godnego uwagi! Ta sama książka, bez tak
wyraźnych podobieństw, byłaby całkowicie przez nich zignorowana, jak dzie-
siątki innych. Dopiero użycie podobnego kroju w tytule, zagranie na fonetycznych
podobieństwach wywołują wypieki na policzkach, ślinienie się i przemożną chęć
posiadania tej właśnie książki. Ciekawe, nieprawdaż?
Powyższy tekst bynajmniej nie sugeruje istnienia ponadnarodowego spisku
zmierzającego do przejęcia kontroli nad małolatami. Wbrew pozorom to
najnormalniejszy w świecie skuteczny marketing. Genialnie poprowadzony,
rzecz jasna.
Życzę komukolwiek z naszych wydawców, by potrafił tak zaczarować
czytelników, jak uczynili to faceci w czarnych, bezgłośnych helikopterach,
rozrzucający nocami podniszczone egzemplarze Buszującego w zbożu Sallingera.
literatura
Andrzej Drzewiński
Rafał Kosik
Wiesław Gwiazdowski
Maciej Niklewicz
Ryszard Dziewulski
Paweł Marczewski
Piotr Bilski
felietony
Jacek Dukaj
Feliks W. Kres
Rafał A. Ziemkiewicz
komiks
inne
Robert J. Szmidt
10073553.001.png 10073553.002.png
Zgłoś jeśli naruszono regulamin