Brud.doc

(45 KB) Pobierz

Tonight your soul sleeps,
but one day you will feel real pain,
maybe then you will see me as I am,
A fragile wreck on a storm of emotion
Countless times I trusted you,
I let you back in,
Knowing... Yearning...
you know I should have run...
but I stayed
Maybe I always knew,
My fragile dreams would be broken for you.
Today I introduced myself,
To my own feelings, I
n silent agony, after all these years,
They spoke to me...
after all these years
Maybe I always knew...
ANATHEMA - FRAGILE DREAMS

Uśmiechnęła się do mnie. Nie był to jej zwykły uśmiech. Był uprzejmy ... delikatny i widziałem wyraźnie, że jej w nim nim było. Wył w moich oczach jak potępieniec w agonii. Wył w oczach? Dziwisz się. Przecież uśmiechu nie można usłyszeć. Można go odebrać wzrokiem, dotykiem, myślą ale nie słuchem. Dlatego wył w moich oczach. Nadal się dziwisz. Mówiłeś kiedyś, że oblałeś egzamin z dziwienia się. U mnie byś zdał. Za każdym razem dziwisz się inaczej. Zdziwienie to rzeźbiarz obrabiający płaszczyzny Twojej twarzy jak obrabia się ... granit. Teraz się śmiejesz. Wcale nie chciałem, żeby wypadło porównanie do płyty nagrobnej. Wiesz, czasami Ty mnie zadziwiasz. Jak nikt inny. Ale mojego zdziwienia próżno szukać na twarzy. Chowam je głęboko. A kiedy już sobie pójdziesz, chodzę wokół niego z reflektorem ostrych myśli i badam z każdej strony. Zawsze dochodzę do jednego wniosku. Zdziwienie jest zadziwiające. To bardzo ożywcze - widzieć, że cokolwiek jest jeszcze w stanie wywołać we mnie gwałtowniejsze uczucia. Ale przecież nie o tym chciałem mówić. Jej uśmiech na tle twarzy wypada bardzo jaskrawo. To dlatego, że maluje swoje małe usta krwisto czerwoną pomadką. Ale nie jest to jedyną przyczyną jaskrawości. Uśmiechem zwykła wyrażać siebie, a w niej kolory aż iskrzą i huczą jak orkan wokół małej chatynki. Ostatni jej uśmiech był jednak inny. Coś wyprało brutalnie jej kolory.

Milczenie to tylko inny rodzaj krzyku.

Myję ręce pod lekkim i letnim strumieniem czysto twardej wody. Po raz dziewiąty tego dnia maltretuję skórę gryzącymi włoskami szarej szczotki. Pobladłe paznokcie płaczą cicho nie mogąc uciec. Lewa gładzi prawą żłobiąc w niej bruzdy jakby orała ziemię czarną. Z nosa, znacząco w odstępach parosekundowych, kapie kropla krwi na nowo zmuszając szczotkę do biegu po zdobycz. Oczy utkwione w brudzie, którego nie mogę wydrapać. Pada włos jak pióro anielskie i w końcu przestaję. Teraz... Przyszłam znowu. Postać z lustra patrzy wzrokiem bez wyrazu. Powoli sięgam po szczotkę. Pierwszy dotyk sztywnych włosków jest jak pocałunek, następne jak gwałt. Ktoś wszedł, nie obchodzi mnie kto. Zmywam krew. Bezczelna ciągle cieknie. Wyrwali mi szczotkę, złapali za dłonie brudząc je, brudząc! Brudząc!!! Krzyczałam. Uśpili mnie. Brudne ręce owinęli czystym płótnem. Śniły mi sie koszmary. Że brud wchodzi coraz wyżej a ja go zmyć nie mogę. Wlazł mi w usta jak fala robactwa, już nie mogłam krzyczeć. Anioł stanął przy łóżku ale go zabiłam otwierając oczy i natychmiast zamykając je na głucho. Kiedy w końcu udało mi sie podważyć oporne powieki dźwignią umysłu, to co zobaczyłam drapało mnie w płucach do krwi. Dlatego zamiast planowanego krzyku, wyrwał się na wolność niemalże suchy bulgot. Było ich troje. Stali nade mną. Pozornie czyści i emanujący zaufaniem. Słyszałam piasek przesypujący się złowieszczo z podeszew na podłogę. Kolejny element brudu pragnący zdobyć terytorium na mnie. Przysunęli sie, pochylili trochę bardziej. Zaczęło mi brakować powietrza. Tlen został wyparty przez kurz, czułam jak jego drobinki opadając wżerają sie pod skórę. Ręce w skórzanych pasach zaczęły się rwać do zdrapywania. Zapomniałam o trojgu. Liczyło się dążenie do uwolnienia dłoni. Kiedy tak walczyłam, nie słyszałam nic tylko szyderczy chichot brudu. Nie zauważyłam kiedy wszedł. Mój anioł. Patrzył spokojnie na walkę. Wyciągnął dłoń, wiedziałam że chce mnie dotknąć. Pozwoliłam mu, anioły nie są brudne. Pod jego dotykiem brud wycofywał się. Ach, czyścił mnie. Piasek wrócił na podeszwy, kurz schował się w zakamarki okna. Prześcieradła straciły na wadze. Lekko mi się oddychało. Uśmiechnęłam się.

Codziennie do niej chodzę. Sam jeden. Nikt więcej jej nie odwiedza. Chyba uznali, że brak w tym sensu. Ale nie dla mnie. Idę tam i rozkoszuję się jej niepamięcią, poszarzałą twarzą na tle jasnej poduszki. Oni mówią, że umiera. Fizycznie zdrowa jak ryba wykańcza sie psychicznie. Ach, nie, przecież przeguby i kostki muszą jej opatrywać tak się szarpie. Dziwne, że nie władowali jej do pokoju bez klamek w twarzowym kaftaniku. Ależ to wcale nie jest dziwne. Przecież tak chciałem. Nie, nie jestem okrutny. Sam mówiłeś, że zemsta nigdy nie jest okrucieństwem. Nie rozumiałem, teraz rozumiem. Pod moim dotykiem ona wycisza się, także ciągle muszę patrzeć na ten sprany uśmiech. Oboje milczymy. Kiedyś tylko wyrwał jej sie szept, jak podmuch letniego wiatru: - Mój anioł... Więc tym dla niej jestem. Cieszę się, że nic nie pamięta, robi się ciekawie.

Śni mi sie błękitnooki brunet, ze zmierzwioną czupryną. Pamiętam, że on... Nie pamiętam! Wokół niego gromadzi sie brud. Skradają się razem kocimi ruchami. Za każdym razem jest coraz bliżej. Z tych koszmarów budzę się zawsze cicho. Tylko głupie serce pompuje krew z gwałtownością rzeki rozbuchanej rządzą rwania tam. Zawsze kiedy się budzę tracę nadziei cząstkę małą. Nadal jestem przywiązana. Teraz brud posiadł moje ręce i nogi, i chociaż się szarpię, to nic nimi nie czuję a krew cieknie przez bandaż w prześcieradło. Przychodzi on i jest mi lepiej przez krótki czas jaki mi poświęca. Jego dłoń śpiewa kołysanki dla umysłu, chociaż usta milczą jak zatrząśnięte magicznym zamkiem. Patrząc na niego wiedziałam, że go znam. Ale dlaczego nic nie pamiętam? Zmiana ról. Wyszedł, weszli oni. Już dawno na nich nie reaguję. Oni myślą, że nic nie wiem, ale przecież wszystko widzę w ich oczach i sama czuję... Każde zwierzę wie kiedy śmierć jest blisko. Jest noc. Poszatkowany przez kraty, w zgrabne prostokąty, księżyc przesącza do mnie swoje światło. Uwielbiam na niego patrzeć. Zajmuje mnie swoją świetlistą osobą dzięki temu nie muszę spać, nie muszę śnić. Słyszę jak szeleszczę. Moje ciało to szelest, a dokładniej rzecz ujmując, zbiór wielu szelestów. Teraz gdy nie mogę zasnąć liczę szelesty z całego dnia. Szeleszczą usta zagryzane, szeleszczą zęby gładzone miękkością języka, szeleszczą rysy twarzy układając się w grymasy. Szeleści marszczony nos i delikatna materia rzęs targana gwałtownymi ruchami powiek. Czuję jak szeleszczą brwi skupione w wyrazie zadumy, a wraz z nimi szeleszczą bruzdy na czole. Szeleszczą włosy, stawy, kości, skóra, kolczyki jak gwoździe wbite w uszy. Ale najwięcej szelestów mam w głowie. To właśnie tam przebiega tysiące impulsów elektrycznych jak fale wywołane kamieniem rzuconym w toń. Tłoczą sie niecierpliwe w kolejce, by w końcu puścić się pędem, zaszeleścić szaleńczo po gęstym kobiercu neuronów. Myślę do mojego anioła: kiedy przychodzisz, juz wtedy w głębi duszy pragnę żebyś odszedł, choć każde odejście boli. Twoje szelesty są zbyt gwałtowne, bo skrzydła szamoczą sie ukryte pod skórą.

Dzisiejszego dnia umierała, sądziłem, że sprawi mi to radość, myliłem się. W tym prozaicznym zajęciu nie było żadnych widowiskowych elementów. Chłonąłem jej śmierć, cały czas mając nadzieję, że przyniesie choć trochę radości. Mówiła do mnie, do Ciebie, do nas obu. Chciałbym Ci przekazać jej słowa, ale nie mogę, nie mogę... To za bardzo boli patrzeć na Ciebie ostatni raz. Znikasz, odchodzisz ode mnie, do niej. Byłem pewien, że jednak zostaniesz, przecież tak się o to starałem. Marzyłem, że zostaniesz. Ze mną. Na zawsze. Bez niej. Bez brudu, bez szaleństwa. Tak Cię kocham... Idź stąd. Nie chcę, żebyś patrzył jak płaczę. Idź, ona czeka. Nie martw sie nie skończę ze sobą. Wtedy bym zapomniał o Tobie. Idź już, zostaw mnie.

Umieram z nim przy boku. Siedzi trzymając rękę tak blisko mojej, że prawie mnie dotyka. Fałda prześcieradła dzieli opuszki palców. Ale czuję, że jest daleko, że myśli o brunecie ze zmierzwiona czupryną. O tym, którego w końcu pamiętam. Jest tak jasno, tak zimno, ja mówię, on milczy. - Może zawsze wiedziałam, kto zniszczył moje kruche sny. Pamiętam cię przyjacielu, jak zjawiałeś się sie każdego wieczora. Śmialiśmy się razem odganiając zatrute smutki. Może zawsze widziałam jak na niego patrzysz. Nie raniło mnie to, bo zawsze był przy mnie, a tylko wtedy także przy Tobie.- Kiedy do niego mówiłam szelesty skrzydeł gwałtowniały. Pojedyncze pióro wyrwało się ze skóry i opadło na podłogę. Początkowo białe, potem niebieskie, sczerniało na końcu wtapiając się w posadzkę. Zniknęło. - Kiedy umarł, zapomniałam go, zapomniałam ciebie, był tylko brud i taniec z szorstka szczotką. - Nie wiem, po co mu to mówiłam przecież wszystko wiedział. - Ale teraz, kiedy pamiętam, nie potrafię cię nienawidzić, bo ty także go kochałeś. Mojego męża. - Strach w jego oczach, skrzydła wydobyły sie na zewnątrz ciała, chciał się odsunąć, uciec, nie zdążył, złapałam jego dłoń, w moją skrępowaną pasem. Cały brud, jaki we mnie wrósł, wpełzł na niego, dotarł do skrzydeł, skruszył je w maleńkie drobinki, które zawirowały i obsiadły go całego. Powiedział, niepotrzebnie, bo wszystko to wiedziałam: - Wypchnąłem go z okna. Zabiłem, bo sądziłem, że będzie ze mną. Znowu przegrałem. On mnie nigdy nie kochał tak jak ciebie. -Zerwał się wyszedł, uciekł. - Kochanie, jestem czysta, nareszcie. Idę do Ciebie.

Jasnowłosy człowiek w czarnym płaszczu, powiewającym na wietrze ja czarne skrzydła, zalany łzami stał nad płytą podwójnego grobu. Pochylił sie i z czułością powiódł po literach kodujących pamięć o mężczyźnie. Kupił białe róże, ale gdy tu szedł całkiem sczerniały.

Zgłoś jeśli naruszono regulamin