Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.pdf

(817 KB) Pobierz
(Rodziewiczówna Maria - Kwiat Lotosu)
Maria Rodziewiczówna
Kwiat lotosu
I
Szpakowaty, ale jeszcze krzepki obywatel pi Ģ ł si ħ mozolnie na
strome, ciasne i od powstania swego nie myte schody ogromnej kamienicy. Na
ka Ň dym prz ħĻ le przystawał,ocierał pot z czoła, si ħ gał do kieszeni obszernego
płóciennego kitla, wydobywał odwieczne, w róg oprawne okulary i nało Ň ywszy je
na nos odczytywał na drzwiach nazwiska mieszka ı ców.
- Szelmowskie schody! - mruczał pod w Ģ sem. - Przecie to nie tutaj jeszcze...
Wybuduj Ģ , panie, chałup ħ jak wie Ňħ Babel i ko ı ca nie ma, i rozumu zgoła. I to si ħ
nazywa pi ħ kno Ļę i wielkie miasto. Uf! obłoków, to ju Ň chyba, panie, Bóg nie
łaskaw. Ha, ale to upał! Mówi Ģ , panie, Ň e na północy biegun, czyli to globus, z
lodu! Jad ħ , jad ħ no i, panie, dojechałem do takiej spieki, jaka u nas i w kanikuł ħ
nie bywała! Ładny, panie, biegun, co! Kłami Ģ , panie, te ksi ĢŇ ki, z roku na rok
gorzej kłami Ģ i nie wiem, na czym si ħ to sko ı czy! Uf!
Stan Ģ ł. Znowu troje drzwi miał przed sob Ģ ; brudy i upał rosły w stosunku
blisko Ļ ci obłoków. Jegomo Ļę dobył znowu zbawczych szkieł i j Ģ ł sylabizowa ę
pierwsze nazwisko z brzegu.
- Stefan Grzybowski - wyczytał.
- A to, panie, postny człowiek! Na suche dni niezawodnie Ļ wi ħ ci swego patrona.
Posun Ģ ł si ħ w rotacyjnym ruchu na prawo.
- Adam ņ abuski - stało na blasze.
- Nie znam, panie, nie z naszych stron.
- Wiktoria Brzeza! - biło z daleka w oczy na trzecich i ostatnich drzwiach, a pod
spodem, biał Ģ kred Ģ na brudnych deskach, kto Ļ Ļ miało i wyra Ņ nie rzucił rysunek
legendowego pelikana krwawi Ģ cego dziobem własne piersi dla nakarmienia
zgłodniałych dzieci, jeszcze za Ļ ni Ň ej stał sze Ļ ciowiersz: Pani Brzezowa s Ģ dowa
wdowa, panna Brzezina cudna dziewczyna, kto mi nie wierzy, niech w dzwon
uderzy.
Stary odczytał wszystko, palcem dotkn Ģ ł pelikana i, widocznie
niedowiarek, wedle rady rymowanej, zadzwonił.
- A to, panie, huncwot jaki Ļ , tak sprofanowa ę białogłow ħ - burczał chowaj Ģ c
okulary. - No, alem trafił! Błazen si ħ schował jak lis w nor ħ ; wykopałem. Ho,
ho, dowiem si ħ o paniczu całej prawdy!
Na d Ņ wi ħ k dzwonka wewn Ģ trz powstał piekielny hałas. Prym trzymał
piskliwy głosik pudla czy pinczera, wtórował dyszkant kobiecy i łomot
zamykanych drzwi i odsuwanych sprz ħ tów. Wszystko zbli Ň yło si ħ ku niemu.
- A to, panie, dmuchn Ģ łem w ul! - zauwa Ň ył.
- Leonka, Leonka! Kto Ļ dzwoni!
- wołał głos kobiecy przeci Ģ głym białoruskim akcentem. - Odeprzyj Ň e drzwi, bo ja
wła Ļ nie szołtonosami zaj ħ ta! ņ aczek, b ħ dziesz ty cicho!
- Ale ņ aczek wcale by ę cicho nie my Ļ lał, tylko wrzeszczał wniebogłosy;
natomiast z gł ħ bi rozległy si ħ kroki i u drzwi ucichły.
- Leonka, Leonka! Czy Ň e Ň ty nie słyszysz! Odeprzyj drzwi; to mo Ň e który z panów
na obiad!
- A czym Ň e otworz ħ - odparł mrukliwie drugi głos.
- Jak Ň e to to czym? Kluczem to przecie?
- Kiedy Ň klucza wcale nie ma.
- Jezusie! Mario! Jak to klucza nie ma! A gdzie Ň e Ň by si ħ on podział! Poszukaj Ň e,
dziecko, bo ja wła Ļ nie szołtonosy na wod ħ puszczam! ņ aczek, poczekaj, dam
ja tobie, dam!
- Gdzie Ň mam szuka ę , kiedy go nie ma! - odparł oboj ħ tnie drugi głos. - Pewnie
pan Feliks wzi Ģ ł go z sob Ģ !
- Co ty gadasz! Nie mo Ň e by ę ! Nic beze mnie si ħ nie obejdzie! A któ Ň to dzwoni?
- Nie mog ħ widzie ę przez deski!
- To spytaj Ň e si ħ ! Albo nie, poczekaj! Ju Ň sama id ħ . Ach, Bo Ň e, gdzie Ň to mój
czepek! Leonka, nie widziała Ļ czepka? Tylko co le Ň ał ot tu na krze Ļ le i ju Ň go nie
ma. Okropno Ļę , jak w tym domu wszystko ginie! Nigdy w innych mieszkaniach
tego nie bywało; takie widno zało Ň enie feralne, Jezus!!!
Pauza, i wnet podniósł si ħ Ň ałosny lament ņ aczka, targanego snad Ņ za uszy
i okrzyki:
- Ot tobie mój czepek! Ot tobie rozpusta! Ot tobie psie figle! Masz, masz, masz,
masz! Po wymierzeniu dora Ņ nym sprawiedliwo Ļ ci, jejmo Ļę znalazła si ħ u drzwi i
rezolutnie spytała:
- A kto tam?
- Ja, moja dobrodziko! Z interesikiem, panie, tego. Ale, słysz ħ , klucz zdysparował,
to co b ħ dzie?
- Ach, Bo Ň e, to pewnie pan do moich panów! S Ģ , s Ģ , ale wyszli i widno klucz
zabrali! Ach, Bo Ň e, co to b ħ dzie, co to b ħ dzie? Leonka, ten pan do naszych panów,
a tu klucz przepadł! Ach, ja nieszcz ħĻ liwa! Tyle razy prosiłam pana Rafała,
Ň eby mi tego nie spłatał; no i trzeba Ň wypadku, Ň e dzisiaj wła Ļ nie przestrogi
zapomniał.
- Dzi Ļ wła Ļ nie o niej pami ħ tał - poprawił drugi głos.
- Ej, co ty gadasz? Taki polityczny * ( Polityczny – dobrze wychowany, roztropny,
układny ), młody człowiek. Z przypadku, mówi ħ ci! Pan łaskawy z daleka?
- Moja dobrodziko, cho ę by z ulicy, to do pani daleko. Do chłopca mego
przyjechałem zobaczy ę go i zabra ę z sob Ģ , bo i ferie teraz! Adres pani mi
przysłał. Felu Ļ mu na imi ħ ! A mo Ň e zmy Ļ lił, niecnota!
- Jest, jest pan Feliks! Bardzo stateczny kawaler. To pan jego rodzic? Bardzo mi
przyjemnie! Łaskawy pan raczy spocz Ģę , ja zaraz podam krzesełko!
- A któr ħ dy Ň , moja dobrodziko?
- Ach, prawda! Nie ma klucza.
Co to za dom! R Ģ k i głowy nie starczy! A to niespodzianka dopiero! Wiesz,
Leonka, to ojciec pana Feliksa! Mówi ħ panu, syn pa ı ski to taki cichy, w sobie
zamkni ħ ty, Ň e o swoim ojcu nigdy nie wspomniał. Za sierot ħ go miałam i cz ħ sto
patrz Ģ c na ı a Ň na płacz mi si ħ zbierało, takie to smutne i opuszczone.
- Osobliwo Ļę ! - odparł tonem podziwu obywatel. - Błazen nie ma czego si ħ smuci ę
ani ukrywa ę !Ojca ma, siostr ħ ma, dom chwała Bogu ma, a za te pieni Ģ dze, co
mnie tu kosztuje, wszystkie uciechy kupi ę mo Ň e. No, no, i mówi pani, Ň e cichy!
- Jak panienka. Ani mru mru! Głosu jego nie słycha ę ! A hardy i do nauk zawzi ħ ty,
Ň e strach. A ci ħŇ ka Ň to nauka, panie mój, ci ħŇ ka! Ja, co si ħ strasznie widoku
umarłych boj ħ , poj Ģę nie mog ħ , jak on mo Ň e trupy kraja ę !
- Trupy kraja ę ! Mój Feli Ļ ! - wrzasn Ģ ł obywatel.
- A kraje, panie mój, kraje biedaczek! Taka to ju Ň bezecna nauka ta medycyna!
- Jaka medycyna! Czy dobrodzice rozum si ħ pomieszał, czy mnie, ale nie inaczej,
komu Ļ z dwojga! Jaka medycyna! Feli Ļ na medycyn ħ chodzi, trupy kraje!
Matko Boska! A to Ň go na prawo posyłałem, jurysty chciałem, có Ň znowu z t Ģ
medycyn Ģ ?
- Medyk on, panie mój, i pociech ħ z niego mie ę pan b ħ dzie. Chocia Ň prawnika i ja
bym wolała, ale mi Bóg syna nie dał, tylko córk ħ . A syn prawnik byłby si ħ zdał, oj
zdał! Bo trzeba panu wiedzie ę , Ň e my z magnatów jeste Ļ my, dobra s Ģ , Ochajny,
mo Ň e pan słyszał, na Polesiu, mil siedem od Jaremnego, tylko Ň e nieboszczka
moja matka z Burhaków była secundo voto za Zudr Ģ , * ( Secundo voto.../łac./ - z
drugiego mał Ň e ı stwa; tu: potocznie, niepoprawnie ), po raz drugi wyszła za m ĢŇ
za...i cho ę sterilis zeszła z tego Ļ wiata..., naprawd ħ sterilis, s Ģ dokumenta...
jednakowo Ň Zudrowie łapes capes skrzywdzili nas i zabrali de hajda maj Ģ tki! Ale
to do czasu, panie mój, do czasu! Dwunasty rok pilnuj ħ interesu, przeszedł
wszystkie instancje; czasem oni wygrali przekupstwem, ale to nic! Od trzech lat
senat go rozpatruje!
- Ale Feli Ļ mój, dobrodziko, Feli Ļ ! Odk Ģ d Ň e on na medycyn ħ chodzi? Po co, jak?
Sko ı czenie Ļ wiata!
- Zawsze chodzi, panie mój, zawsze! O! pracowity i, my Ļ l ħ , zamiłowany w swym
fachu! Przyznam si ħ panu memu, Ň e ja z nim rzadko kiedy si ħ spotykam, bo ten
proces, nie da pan wiary, ile to czasu zajmuje, a on, aby z kursów, szmyk do
swego pokoju i tam siedzi. Raz słysz ħ , dzwoni, a Ň e si ħ spó Ņ nił na obiad, biegn ħ ,
panie mój, otworzy ę . Kiedy spojrz ħ , co Ļ trzyma w r ħ ku! "Co to?" pytam. "Oczy!"
odpowiada i pokazuje bli Ň ej ze Ļ miechem. Jezusie, Mario! Wie pan, co to było?
Naprawd ħ oczy, oczy ludzkie, Ň ywiute ı kie, z trupa.
- Chryste Panie! - wykrzykn Ģ ł obywatel.
- Od tej pory, panie mój, ju Ň nigdy nie otwieram. Leonk ħ posyłam, bo trzeba panu
wiedzie ę , Ň e ta dziewczyna za chłopca stanie, taki u niej rezon, takie
postanowienie. Talenta ma: rozwijam je, rozwijam; a przy tym pisze pro Ļ by i
ka Ň dy dokument odczyta! O, panie mój, nawet pan Feli Ļ z ni Ģ czasem rozmawia,
bo rozumek jest i mówi Ģ , Ň e do mnie podobna.
- Prosz ħ mamy! - rozległo si ħ w gł ħ bi. - ņ aczek zjadł szołtonosy.
- Jezusie, Mario! Jak? Co? Szołtonosy z rondelka! No, co teraz, to koniec z nim!
Powiesz ħ , własnymi r ħ koma powiesz ħ ! Ach, Bo Ň e! Ale to takie gor Ģ ce, jeszcze
mu zaszkodzi! Ciu, ciu, ciu, ņ aczek!
Ładniem trafił! - zaburczał obywatel. - Baba za urlopem od czubków, Feli Ļ
trupy kraje, Zudry nie Zudry! Gwałt. Babi ı ska respublika, słowo, panie, daj ħ .
A oka Ň e si ħ wreszcie, Ň em nie trafił. - Moja dobrodziko, za pozwoleniem! - dodał
gło Ļ niej.
- Co pan ka Ň e? - ozwał si ħ głos panny zagłuszony rozdzieraj Ģ cym uszy wyciem
karanego ņ aczka.
- Powiedzcie mi dokumentnie: czy mieszka u was Feliks Rahoza?
- Mieszka, panie.
- A có Ň on porabia?
- Maluje, panie, przewa Ň nie!
- Ma- lu- je! Chryste Panie! A to Ň co nowego? Jak to maluje? Co on maluje?
- Przewa Ň nie karykatury, z których jedn Ģ ma pan przed sob Ģ na drzwiach.
- To ju Ň nie kraje trupów?
Coraz lepiej! Któ Ň trupy kraje w takim razie?
- Mamy i medyka.
- Aha! To có Ň , u licha, mówiła mi matka pani? Tu trzeba głow ħ straci ę !
- Matka si ħ pomyliła. Syn pa ı ski przez Ň art zamienił si ħ ze współlokatorem,
medykiem, na imi ħ . Tamten si ħ Rafał nazywa!
- To Feli Ļ mój na serio maluje! Có Ň to za nowa breweria?
Leonka, Leonka! - ozwał si ħ jak piszczałka głos pani Brzezowej. - Gdzie to
kluczyki? Gdzie Ļ je widziałam! A gałgan, rozpustnik, nicpo ı ! Zjadł co do
jednego, takie gor Ģ ce i nic mu si ħ nie stało! Tymczasem szołtonosów nie b ħ dzie i
sama nie wiem, co da ę na trzecie danie! Jak my Ļ lisz? Mo Ň e nale Ļ ników tak
napr ħ dce! Ale kiedy znowu tych kluczyków nie ma, a m Ģ ka i jaja w kantorku!
Bo Ň e, Bo Ň e, co to za dom! Niczego si ħ nie doszuka ę !
Aj, dobrodziko, dobrodziko! - zawołał szlachcic zza drzwi. - A godziło Ň si ħ
to takiego mi pietra nap ħ dzi ę t Ģ medycyn Ģ ! To Ň to słysz ħ oni si ħ poprzezywali,
drapichrusty! Ale znowu sk Ģ d Ň e Feli Ļ malowa ę si ħ nauczył! Awantury arabskie!
Ach, Bo Ň e! To Ň prawda! Moja biedna głowa! Poprzezywali si ħ ! Prawda,
prawda! To pan dobrodziej ojciec pana Rafała? Bardzo mnie miło...
- Feliksa jestem ojciec, Feliksa Rahozy! - bronił si ħ rozpaczliwie obywatel.
- Ach, tak, przepraszam! Tak zawsze na tym mieszkaniu j ħ zyk mi si ħ miesza!
Bardzo polityczny pa ı ski syn, a wesół, a przylepka, a jakie do panien ma
szcz ħĻ cie! Skarb takie dziecko!
- A có Ň on robi? Czego si ħ uczy?
- Ach, panie mój, czego on nie robi! To Ļ piewa, to gra, a jakie kalikatury maluje!
A zawsze czas znajdzie na wesoło Ļę ; ot i tego podłego psa ró Ň nych sztuk nauczył i
Leonk ħ rozerwie od zbytku nauki; Ach, panie mój, co to za kochany człowiek!
Pociecha w smutku, pomoc w potrzebie!
- Co ja słysz ħ , co ja słysz ħ ! A uczy ę si ħ , uczy ę , to on, oprócz błaze ı stw i
malowania, nic wi ħ cej nie robi?
Uczy si ħ , panie mój, uczy! Pewnie, pewnie, bo jak Ň eby to wszystko umiał
bez nauki! Taki Ļ liczny, a wesół Ň e, wesół! A do przezwisk to ju Ň jedyny! Siebie
poprzezywali, a i ten pies gałgan ņ uczek si ħ wabił, a teraz ņ aczek i ņ aczek! Sama
nie wiem, jak to przyszło, Ň e i ja go tak nazywam! Niby, widzi pan, pan Rafał
woła ņ aczek, a pan Feliks ņ uczek. Jezus! A to mi si ħ j ħ zyk spl Ģ tał, pan Feliks
ņ aczek... pfe! ju Ň i sama nie wiem, ale pan łaskawy rozumie! Ot i szołtonosy dzi Ļ
zjadł i tak co dzie ı , niech r ħ ka Boska broni, co to za dom, co to za zało Ň enie jego
feralne! Od kwartału musz ħ si ħ wyprowadzi ę , bo zwariowa ę trzeba! A mo Ň e i
wcale dalej si ħ wyniesiemy, bo widzi pan, lada dzie ı przyjdzie rezolucja *senatu!
(Rezolucja – uchwała, rozstrzygni ħ cie). Siedzi tu wprawdzie Ļ redni Zudra,
stryjeczny m ħŇ a mojej babki, wie pan, syn chor ĢŇ ego, Ň onaty te Ň z Burhakówn Ģ ,
ale z innej rodziny... otó Ň ... co ja miałam mówi ę ... Aha! Siedzi Zudra, Ignacy mu, i
forsuje, forsuje, i ja nic, grosika nie daj Ģ , ale wspomni pan moje słowo: wygram,
bo nie zasypiam sprawy! A trzeba panu wiedzie ę ...
- Prosz ħ mamy, mo Ň e pan Rafał zostawił swój klucz w pokoju? - ozwał si ħ z gł ħ bi
głos córki.
- Ot gadanie! Tylko co dowodziła Ļ , Ň e wła Ļ nie pan Rafał zabrał go przez psot ħ .
Ale, prawda, prawda! Zawsze si ħ mylam! Mo Ň e by ę , mo Ň e! Pan daruje, zaraz
słu Ňħ ! Pewnie jest zapa Ļ ny klucz. ņ e te Ň to mi z pocz Ģ tku nie przyszło do głowy.
Uciszyło si ħ na sekund ħ i wnet rozległo si ħ z triumfem:
- Jest, jest! Ratunek w biedzie ten pan Feliks. Z systematem człowiek, z wielkim
systematem. Prosz ħ , prosz ħ pana mojego w ubogie progi! Byłam pewna, Ň e jest
drugi klucz, ale przez te szołtonosy reszta pami ħ ci mi uleciała.
Drzwi si ħ rozwarły. Szlachcic wszedł w sie ı dług Ģ jak korytarz, sk Ģ d na
obie strony rozchodziło si ħ czworo drzwi, wszystkie rozwarte go Ļ cinnie.
Naprzeciw niego stała kobieta sucha i drobna, w staro Ļ wieckiej mantylce *
( Mantyla – lekki szal z czarnej lub białej koronki, okrywaj Ģ cy głow ħ i ramiona
kobiet ), w czepku krzywo osadzonym na ruchliwej głowie. ņ ółta, pomarszczona,
ale zdrowa widocznie i nad wiek Ň ywa. Dygn ħ ła przed go Ļ ciem stylem
zeszłowiecznym i trzepała jak tartak:
- Wiktoria Brzezowa, do usług pana łaskawego! Z m ħŇ a tak, a z domu
ņ ółbikówna, wdowa teraz i w lada jakim bycie, ale to minie, minie! Da Bóg,
Zgłoś jeśli naruszono regulamin