VII
Czarnowłosa patrzyła na budynek sierocińca w Meadows. Przez chwilę wahała się, ale ostatecznie pamięć o Jam zmusiła ją do wejścia, czy raczej zadzwonienia do drzwi. Otworzyło jej maleńkie dzieciątko w brudnym ubraniu.
- Pani do kogo? – Zapytało
- Przyprowadź kierowniczkę tego sierocińca – chciała powiedzieć przytułku, ale uznała, że maluch i tak się wycierpiał i nie lepiej nie obrażać miejsca, w którym mieszka. Chłopczyk mruknął coś co brzmiało jak prośba o pójście za nim i ruszył korytarzem, Bellatrix zaś za nim. Zatrzymali się przed drzwiami z tabliczką, która informowała, że to gabinet właściciela przybytku. Bella podziękowała chłopcu, a następnie nie zawracając sobie głowy pukaniem, zamaszystym ruchem otworzyła drzwi. W środku zobaczyła kobietę o brudnych włosach w niezidentyfikowanym kolorze śpiącą na biurku zawalonym dużą ilością papierów, obok którego walały się puste butelki po wódce. Bella prychnęła, a potem zastukała w zamknięte już drzwi. Kierowniczka spojrzała na gościa zaspanym wzrokiem.
- Pani, to kto? – Spytała.
- Bellatrix Lastange. Moja przyjaciółka oddała córkę do tego sierocińca. To one. – Bella podała kobiecie zdjęcie.
- Aa, pamiętam ją. Taka gruba ba… kobieta ją adoptowała, jakieś czternaście lat temu…
- Jak się nazywała ta kobieta? – Przerwała jej Bella, kładąc ręce na stole.
- Nie pamiętam. Jak se pani chce sprawdzić to w ratuszu powinny być odpowiednie informacje. Ale dziś to już za późno. – Krzyknęła do znikającej za drzwiami Lastange. „Jutro zajmę się tymi danymi, za chwilę rozpocznie się zebranie” pomyślała i z gracją teleportowała się do domu swojej siostry i jej męża.
Dilayna